Impresje znad Sekwany



Gdyby ktoś zapytał mnie o powód, dla którego warto wybrać się do Paryża, nie umiałbym wskazać jednego.

1000 kilometrowa podróż

            Bardzo lubię latać samolotami. Gdy tylko taka maszyna wzbije się w niebo i zacznie wędrować na wysokość 10 – 11 kilometrów nad ziemią, ciężko mi oderwać wzrok od małego owalnego okienka przez które widać wszelakiego rodzaju chmury, wielkie tereny oraz budynki, z tej perspektywy wyglądające jak klocki LEGO porozrzucane w moim pokoju, gdy miałem jakieś 5 lat. Nic dziwnego, że od wykręconej w stronę okna głowy, po kilkunastu minutach zaczyna boleć mnie szyja. Nie mogę zrozumieć ludzi, którzy w czasie lotu zdają się nie zwracać uwagi na znajdujący się za szybami świat. Samolot uważany jest za najbezpieczniejszy środek transportu. Nie przeczę temu, ale przyznam, że  w związku z lotem, odczuwałem pewien dyskomfort. Chodzi o to, że kiedy prowadzę samochód, w razie awarii lub niebezpiecznej sytuacji na drodze mogę coś zrobić i zareagować. Mam poczucie kontrolowania sytuacji. Już parę razy szybka reakcja pomogła mi uniknąć nieprzyjemnych zdarzeń. Tymczasem gdyby w czasie lotu coś poważnie nawaliło i samolot zacząłby dość szybko zbliżać się w kierunku ziemi, nie mógłbym zrobić nic. Co najwyżej wzbudzić w sobie akt skruchy i zacząć przyzywać bożego Miłosierdzia. Ten środek transportu jest jednak najlepszym sposobem, by wygodnie i szybko dostać się do Paryża. Pokonanie z Polski odległości nieco większej niż 1000 kilometrów zajmuje około półtorej godziny. Samochodem ta droga zajęłaby czas od wczesnego ranka do późnego wieczora. 

            Stolica Francji wraz z całą aglomeracją to jedno z największych miast Europy oraz świata. Co roku przyjeżdża tutaj około 30 milionów turystów chcących zobaczyć wszystkie te słynne obrazy, pocztówkowej urody ulice, zabytki i Wieżę Eiffel’a. To właśnie tu działało i działa nadal wielu artystów, a świat ekskluzywnej mody i zapachy drogich perfum mieszają się z międzynarodowym biznesem. Paryż znajduje się w regionie kraju o nazwie Ile-de-France. Mieszka tu aż 1/5 ludności Francji. Ten gigantyczny, miejski organizm ma tak gęstą zabudowę, że niekiedy ciężko jest zauważyć konkretną granicę pomiędzy poszczególnymi miejscowościami. W rejonie tym wytwarza się 30% krajowego PKB i działa mnóstwo światowych firm. Swoje siedziby mają tu chociażby Peugeot, Renault i Citroen. Tutaj znajduje się także słynny Eurodisneyland czy Park Asterixa, które przyciągają nie tylko tych kilkuletnich, ale i całkiem dużych fanów bajek.

            Dla zwyczajnego turysty najlepszym sposobem podróżowania po tym miejscu, jest świetnie zorganizowana sieć metra i lokalnych kolei. U nas przejazd z jednego końca dużego miasta na drugi, jest często ekspedycją przed którą warto zaopatrzyć się w kanapki i herbatę w termosie. Tam przejazd pomiędzy dwoma odległymi punktami to kwestia kilkunastu minut, góra pół godziny. Na każdym przystanku znajduje się zegar, na którym wyświetlane jest za ile minut podjedzie pociąg.  Nigdy nie zdarzyło się, a przynajmniej ja nie pamiętam takiej sytuacji, żeby metro czy pociąg przyjechało spóźnione. Podejrzewam, ze nawet najstarsi Paryżanie nie kojarzą takiego faktu.  Mało tego, parę razy sam byłem świadkiem wydarzenia, które polska głowa ogarnia z niemałym trudem. Otóż pociąg przyjeżdżał przed czasem!  Mimo wszystko metro to często, zwłaszcza na tych bardziej uczęszczanych trasach,  duchota, brud i tłok. Zachowam się pewnie jak smerf Maruda, ale nie cierpię takiej jazdy komunikacją miejską. Do tego ludzie, którzy ciągle gdzieś pędzą, kręcą się na wszystkie strony, nie patrzą na innych i  wzajemnie depczą sobie po nogach. Wydaje się, że nie ma tutaj miejsca na swobodny krok czy uprzejme puszczenie kogoś przodem, a raczej walka o utrzymanie za wszelką cenę swojego tempa i linii marszu. Od razu wiedziałem, że z paryskim metrem raczej się nie zaprzyjaźnimy.

            Mieszkałem na 10 piętrze bloku, znajdującego się w podparyskim Colombes. Przyjechaliśmy tam z moją siostrą, na zaproszenie naszej znajomej, która jest Polką już od wielu lat mieszkającą we Francji. Mieszkanie na oko mogło mieć koło 50 – 60 metrów kwadratowych. W pokoju salonowym, za zajmującymi całą zewnętrzną ścianę oknami znajdował się balkon, z którego miałem widok na znajdującą się w odległości jakichś 4 -5 kilometrów dzielnice La Defense. Doskonale było widać wzniesione tam nowoczesne, przeszklone wieżowce. Każdego ranka francuskie białe kołnierzyki przyjeżdżają do nich swoimi nowymi samochodami, a później jadą windami do klimatyzowanych biur, by kolejny dzień poświęcić na obracanie pieniędzmi, inwestycje, obligacje, karierowiczostwo i pogoń za zyskiem. Co ciekawe, nawet kiedy zapadała noc, widziałem, że w wielu wieżowcach nadal świeciły się światła. Zastanawia mnie czy po zakończeniu dnia pracy w niektórych firmach po prostu nie gasi się świateł, czy może po prostu nie brakuje tam pracowników, którzy dla własnych interesów i firmy, są gotowi poświęcić późne wieczorne godziny. Drapacze chmur, zwłaszcza wieczorem kiedy w ich szklanych szybach odbijało się zachodzące słońce, były wspaniałym widokiem. Z drugiej strony stały tam jak taki pomnik, który przypomina światu, że niestety w wielu rejonach pieniądz i zysk odgrywają zbyt dużą rolę, przysłaniając to, co faktycznie się liczy.

                        Wieczorami lubiłem usiąść na balkonie i obserwować miasto

Druga strona mieszkania to widok na ciągnące się po horyzont przedmieścia oraz znajdujące się na północy wzgórza. Wszędzie widać bloki, eleganckie kamienice i apartamentowce. Jest ich tak wiele, że trudno byłoby wszystkie je zliczyć. Co parę chwil w oddali widzę przejeżdżający pociąg, którym ludzie jadą do Paryża lub właśnie z niego wyjeżdżają. Ciągnie się on przez ten miejski organizm niczym stalowa gąsienica. Jeszcze dalej biegnie droga szybkiego ruchu, po której ludzie jeżdżą w celu załatwienia swoich mniej lub bardziej istotnych spraw. Po niebie cały czas latają samoloty. Nic w tym dziwnego, bo w okolicy znajdują się trzy międzynarodowe lotniska, skąd samoloty rozlatują się po całym globie. Może trochę byłem jak balkonowa babcia, ale bardzo lubiłem patrzeć w dal i przez długie chwile obserwować miejskie życie. Pod balkonem z kolei, znajdował się nieduży plac. Wszystko dzieje się tam tak, jak na typowym osiedlowym placu. Jakiś młody gada dłuższą chwilę przez telefon, kilka dzieciaków jeździ na hulajnogach nie zrażając się zdarzającymi się co chwilę przewrotkami, facet idzie mówiąc coś do swojego labradora, a gdy wieczorem plac pustoszeje, trzy dziewczyny siadają schodach, odpalają po papierosie i żywo o czymś dyskutują. Na ulicy cały czas jeżdżą samochody oraz, co charakterystyczne dla Francji, mnóstwo hałaśliwych skuterów i motocykli, których brzęczenie niesie się daleko wzdłuż wąskich ulic. Wydaje się, że jazda jednośladami to tutaj czynność tak naturalna, jak dla mieszkańca Hawajów surfing, a dla azjatyckich Szerpów wspinaczka wysokogórska.

Podwodny Paryż

Większość ludzi pierwsze kroki podczas wizytowania miasta kieruje ku któremuś z jego głównych atrakcji. Podczas mojej wizyty było nieco inaczej, bo skierowałem ku dużemu oceanarium. Pamiętam, że zawsze lubiłem oglądać filmy prezentujące morskie życie, na których rekiny czujnym wzrokiem obserwowały wszystko, co dzieje się w wielkim błękicie mórz, a mniejsze ryby wesoło pływały w ławicach, jak gdyby nie znały zmęczenia. Co innego jednak oglądać to wszystko na ekranie, a co innego obserwować te zwierzęta na żywo. To na pewno nie to samo, co widzieć je w naturalnym środowisku, ale dla mnie, nie będącego nurkiem, ani nawet nie mieszkającego nad morzem, pływające wokół rekiny zrobiły wrażenie, szczególnie w tej sekcji, gdzie przez środek basenu przebiegał przeszklony tunel.

Nieopodal znajdowała się słynna Wieza Eiffela. Ta zbudowana w roku 1889 żelazna konstrukcja stoi na kwadracie o boku długim na 125 metrów, a jej wysokość przekracza 320 metrów.  Co ciekawe, w zależności od temperatury, wysokość może zmieniać się o 18 cm. 14 lat temu na jej szczycie zamontowano obracający się jak na latarni morskiej, potężny reflektor. W nocy, jego światło może być widoczne nawet z 80 kilometrów. Ludzie, którzy zaprojektowali tę konstrukcję, musieli mieć potężne architektoniczno – inżynierskie mózgi. Codziennie u jej stóp, niemal jak pod posągiem jakiejś starożytnej bogini, ustawia się długa kolejka chętnych, którzy zamierzają wybrać się na jej szczyt. Znajomi często się temu dziwią, ale ja nie skorzystałem z tej okazji. Nie chciało mi się wydawać równowartości 100 złotych i czekania w tej kolejce przez jakieś dwie godziny. W tym czasie mogłem zrobić inne, ciekawsze rzeczy. W okolicy spotkać można wielu handlujących miniaturowymi modelami Wieży. Są to głównie ludzie pochodzenia afrykańskiego. Wielu uważa ich za natrętów i patrzy z wyższością. Ja sam ich wieżyczek nie kupuję i uprzejmie odmawiam, ale jestem w stanie ich zrozumieć. Oni też chcą zarobić pieniądze. Być może dla niejednego jest to jedyny sposób na utrzymanie siebie i rodziny.

           W samym centrum

Francja, nie zawsze elegancja

Kolejna wycieczka to odwiedziny dzielnicy żydowskiej. Żydowska jest chyba jednak tylko z nazwy. Przechadzając się ciasnymi i zabudowanymi przez wysokie kamienice ulicami, co chwila natrafiało się na chińską restaurację, sklep, lub przedstawicieli tego dalekowschodniego państwa. Wydaje mi się, ze było to coś w rodzaju paryskiego Chinatown. Nie zdziwiłbym się, gdyby nagle zza rogu któregoś skrzyżowania wyskoczył znany z orientalnych festiwali, zrobiony z materiału, czerwony smok.  Patrząc jednak na ilość Chińczyków w całym mieście, już wkrótce będzie można mówiąc, ze cały Paryż to wielkie Chinatown.  Nie tylko tego dnia, ale podczas całego niemal pobytu, często słyszałem charakterystyczną, nadającą na wysokich częstotliwościach, przypominającą czasem miauczenie kota i ostro wbijającą się w uszy mowę. Sama zaś dzielnica nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Ciasnota, hałas i brudne ulice jak energetyczny wampir wyciągały z człowieka siły. Szybko poczułem się zmęczony, ale na szczęście wkrótce znalazłem się w ukrytym pomiędzy budynkami eleganckim parku, znajdującym się przy niedużym, ale zapewne kosztownym hotelu. Dźwięki ulicy docierały tam w nieznacznym stopniu, a cisza w połączeniu ze śpiewem rezydujących w tej enklawie ptaków, oznaczała solidną regenerację dla zmęczonych uszu.

             Wielkomiejska enklawa i wytchnienie

Wędrując dalej, znalazłem się w rejonie Centrum Pompidou. Jest to duży i pokraczny budynek  Wygląda on tak, jakby ktoś pozbierał mnóstwo blachy, pogiętych drutów i różnokolorowych rur, po czym bez szczególnego ładu i przemyślenia, rzucił je na jedna stertę. Gdybym to ja był merem Paryża, byłoby mi wstyd, że coś takiego stoi w pięknym mieście, niszcząc jego wypracowany przez stulecia wizerunek. Trzeba jednak oddać, że wygląd budowli doskonale obrazuje to, co mieści się w jego wnętrzu. Są to mianowicie ekspozycje poświecone sztuce nowoczesnej.  Nie lubię i nie rozumiem tego rodzaju sztuki. Uważam, że obecnie, rzadko kiedy wśród dzieł reprezentujących ten nurt, faktycznie można znaleźć coś wartościowego. Nie jestem w stanie nazwać sztuką na przykład pogiętego i pomalowanego drutu, który został włożony do jakiegoś akwarium.  Albo co mogą oznaczać bezładne, różnokolorowe plamy, pacnięte byle gdzie na płótnie? To są jeszcze takie łagodne formy. Dla mnie to szajs, za którego nie dałbym złamanego grosza, tymczasem są ludzie, którzy potrafią podziwiać takie dzieła godzinami i płacić za nie grube pieniądze. Chociaż jakby się zastanowić, dzieła sztuki nowoczesnej mają pewną symbolikę – otóż symbolizują one bajzel jaki musi znajdować się w głowach ich twórców. Innych interpretacji ciężko mi się doszukać. Od razu wiedziałem, że moje pójście tam byłoby stratą czasu i pieniędzy, dlatego też nie wszedłem tam i nie mam zamiaru kiedykolwiek tego zrobić. Dzieła Picassa przy dzisiejszej sztuce nowoczesnej to wzór normalności. Kto wie, może kupię kiedyś płótno i farby, chlasnę je byle jak i byle gdzie na to płótno, zaniosę do galerii sztuki i stanę się bogaty? Muszę pomyśleć o takiej karierze...

         Pokraczność budynku obrazowała to, co znajdowało się w środku

Po jednej stronie Centrum znajdował się spory plac, na którym odpoczywało wielu zwiedzających, w towarzystwie równie wielu chowających się w cieniu i czekających na dokarmianie gołębi. Wokół placu zgromadzili się też uliczni artyści. Był tam na przykład człowiek w wieku 40-50 lat, który na chodniku malował miłe dla oka, kolorowe obrazy. Kawałek dalej jakaś kobieta grała muzykę, pocierając palcami po brzegach wypełnionych wodą naczyń. Widziałem też pewnego pana, którego triku do dziś nie mogę rozwiązać. Był on cały pomalowany błyszczącą, brązową farbą. Twarz, ubranie i rekwizyty były w jednakowym kolorze. Na chodniku miał ustawioną skrzynkę, z której wystawał dość długi pachołek. Lewą ręką trzymał on ten pachołek, samemu siedząc... w powietrzu. Pewnie w internecie szybko odnalazłbym rozwiązanie tej sztuczki, ale gdybym to zrobił, cały urok triku gdzieś by się ulotnił. W dużych i znanych miastach często można spotkać mało popularnych, aczkolwiek utalentowanych w różnych dziedzinach ludzi. 

           Uliczny artysta. Do dziś nie znam tajemnicy jego triku

Druga strona budynku była już mniej optymistyczna. Znajdowało się tam coś w rodzaju arkad. Docierało pod nie niewiele dziennego światła. Była to siedziba bezdomnych, narkomanów i alkoholików, którzy nie przejmowali się przechodzącymi ludźmi. Wokół śmierdziało moczem, a na chodniku walały się resztki jedzenia i można było dostrzec jakieś podejrzane plamy. Ta okolica zdecydowanie odbiegała od promowanego przez media, paryskiego wizerunku.
W Paryżu nie brakuje oczywiście ekskluzywnych dzielnic. Niejednokrotnie chodziłem ulicami, gdzie po obu stronach wzniesiono eleganckie kamienice i gdzie aż roiło się sklepów, których przepych równać się może z wnętrzem barokowych kościołów. Z tego co zauważyłem, tymi bogatymi dzielnicami są przeważnie dzielnice centralne. Na przedmieściach osiedlają się głównie ludzie średnio i niezbyt zamożni. To trochę odwrotnie niż w dużych miastach w Polsce. Mimo tego na śródmieściu jest naprawdę wielu bezdomnych i ludzi, których zwykło się nazywać społecznym marginesem. Idąc jedną z najbogatszych ulic miasta, gdzie nie brakowało ubranych w wyszukane stroje kobiet oraz przystrojonych w drogie garnitury panów, a na ulicach co chwilę można dostrzec przejeżdżającego Jaguara albo Mercedesa S-klasy, widziałem kilku bezdomnych. Miasto kontrastów, czy może jednak przykład cwaniactwa? Często siadają oni w pobliżu krat w chodniku, którymi wylatuje ciepłe powietrze z metra. Dzięki temu mogą się chociaż trochę ogrzać. Podobno aż 40% z nich to obcokrajowcy. Władze organizują im pomoc, stawiając specjalne namioty w okresie zimowym, a różne organizacje charytatywne dbają o to, aby mieli co zjeść. Wielu ludzi widzi w nich społeczne odrzutki, którym nie warto pomagać, bo znaleźli się tam na własne życzenie. Czasem tak bywa, ale nie można zapominać, ze wielu z nich znalazło się tam na skutek choroby, utraty pracy i innych nieszczęśliwych wydarzeń. Niezależnie od tego, co było przyczyną, trzeba pamiętać, że to też są ludzie tacy jak my, i którym należy się pomoc.

          Nie wszystko jest tak piękne, jak się to przedstawia

Paryskie Elysium

Nie jestem kimś, kogo można nazwać miłośnikiem sztuki i malarstwa. Widząc jakiś obraz, rzadko kiedy jestem w stanie przypisać go do odpowiedniego autora, nie zastanawiam się według jakich kanonów tworzył malarz czy rzeźbiarz, a na wystawach prezentujących takie dzieła pojawiam się z częstotliwością występowania całkowitego zaćmienia Słońca nad Polską. Pamiętam, że w szkole na lekcjach sztuki bardziej interesowała mnie rozmowa z kolegami niż aktualny temat lekcji. Mimo tego zdecydowałem wybrać się na jedną z takich wystaw, a w decyzji utwierdziło mnie to, że mogłem wejść za darmo. Dużo rzeźb i obrazów, to chyba najlepsze podsumowanie. Widziałem, że wiele osób zatrzymuje się na dłuższy moment przy obrazach i rzeźbach, analizuje i fotografuje pod różnymi kątami. Moje tempo zwiedzania było znacznie szybsze. Jeśli jakieś dzieło mi się nie podobało, to po prostu szedłem dalej. Znalazło się jednak sporo przyjemnych obrazów, na które miło było popatrzeć. Ekspertem nie jestem, więc powiem tyle, że najbardziej podobają mi się takie, które przedstawiają ładne krajobrazy, widoki, góry, lasy. Mam na to nawet odpowiednie określenie – obrazy turystyczno – podróżnicze.
Kilkaset metrów dalej znajdowały się Pola Elizejskie. W greckiej mitologii pojęcie to oznaczało część świata zmarłych, do której dostawali się dobrzy ludzie i gdzie panowało piękno, harmonia i spokój. Dzisiaj nazwa ta kojarzy się jednak z miejscem, w którym, w odróżnieniu od swojego mitycznego odpowiednika, nie zazna się ciszy i spokoju. Na tej jednej z najdłuższych i najsłynniejszych ulic w Paryżu znajdują się drogie restauracje, teatry, ekskluzywne sklepy i salony odzieżowe chyba wszystkich znanych na świecie marek. Tutaj odbywa się finał wyścigu Tour de France, co roku przebiega trasa maratonu, a w lipcu z okazji święta narodowego, odbywa się parada wojskowa. Można spotkać się z opiniami, że jest to najpiękniejsza ulica świata, która żyje całą dobę i jest jednym z takich miejsc, gdzie odnotować można największą ilość turystów przypadających na metr kwadratowy.  Wielu ludzi widząc na czyściuteńkich sklepowych wystawach zadbane towary, traci głowę i zaczyna kupować tyle, ile tylko są w stanie unieść. Zawartość ich portfela, kurczy się w tempie wprost proporcjonalnym do nabywania nowych rzeczy. Przyznaję, ta wielka arteria robi wrażenie. Mimo wszystko tłok szybko męczy i z ulgą zniknąłem w jakiejś bocznej, mało uczęszczanej ulicy.  Mnie bardziej odpowiadałyby chyba te mityczne Pola Elizejskie.

          Paryskie Elyzjum. Ja chyba wolę to mitologiczne

Spółka Zoo

Zawsze ciekawiło mnie podpatrywanie zachowań zwierząt. Nieraz gdy jestem gdzieś w lesie albo nad jeziorem, siadam i z zachowaniem ciszy obserwuje zachowanie ptaków, skaczących po drzewach wiewiórek czy pasących się gdzieś w oddali saren. Co prawda wizyta w zoo to nie to samo, co obserwacja zwierząt na wolności, podobnie zresztą jak w przypadku oceanarium, ale w moim programie nie mogło zabraknąć wizyty w paryskim zoo. Znajduje się ono blisko Lasku Vincensse, jednego z największych terenów zielonych w tym mieście. Warto było się tam wybrać, bo w centrum brakuje otwartych obszarów i dużych terenów zielonych. Samo zoo to jeden z najlepszych europejskich ogrodów zoologicznych. Gdybym był zwierzęciem i ktoś zapytał mnie o zdanie w jakim zoo chciałbym się znaleźć, bez wahania wskazałbym właśnie to. Zwierzęta nie są trzymane w klatkach, ponieważ założeniem ogrodu ma być jak najwierniejsze odwzorowywanie naturalnego środowiska. Cały kompleks podzielony jest na pięć stref klimatycznych: Madagaskar, Sudan, Sahel, Europa i Patagonia. Prócz tego postawiono tam olbrzymi pawilon, większy nawet od boiska piłkarskiego, w którym odwzorowano świat tropików i gdzie egzotyczne ptaki mogą swobodnie fruwać. Ciekawe czy często zdarza się, że komuś ze zwiedzających nagle spada na koszulę uboczny produkt ptasiej przemiany materii? W zoo znajdował się też wysoki, imitujący skałę klif, przeznaczony chyba dla kozic. Z tym, że podczas mojej wizyty żadnych kozic tam nie było. Może schowały się przed gorącym dniem? Widziałem wiele zwierząt, a te, na które patrzyło się z największa ciekawością to antylopy, żyrafy, zebry i pingwiny. Te ostatnie nie znajdowały się w sekcji Madagaskaru. 

           Zbiorowe opalanie

Ludzie wszystkich narodów

Pod koniec Pisma Świętego, a dokładniej w Apokalipsie, jest taki fragment, który mówi o tym, że na Sądzie Ostatecznym zebrani zostaną ludzie wszystkich ras i narodów. Odwiedzając słynny Wersal, mogłem poczuć się właśnie tak jak podczas tego Sądu. Dostanie się do środka wcale nie jest szybką sprawą. Najpierw trzeba było odstać godzinę w kolejce, aby kupić bilet. Przede mną Amerykanie, którzy w ciągu tej godziny zjedli tyle, ile ja zjadam w ciągu miesiąca. Za mną Azjatki, których ton głosu wwierca się w uszy i które zdają się nie mieć poczucia, że każdy człowiek ma wokół siebie tak zwaną przestrzeń osobistą, utrzymując minimalny dystans od poprzedzających osób. Niestety nie wiedziałem jak po chińsku powiedzieć, żeby trochę się odsunęły. Może: wung hang xong ming, bo ci przywaleng. Gdy bilet udało się kupić, trzeba było przejść do następnej kolejki, która prowadziła do wejścia ku pałacom i ogrodom Wersalu. Wiła się ona po obszernym i zalanym słońcem dziedzińcu niczym kilkusetmetrowa anakonda złożona z ludzi. Czy warto było? W sumie tak.
Pałac to pamiątka po czasach, gdy we Francji miano do czynienia z monarchią absolutną, której najsłynniejszym przedstawicielem był Ludwik XIV. Kiedy król rozbudowywał pałac i znajdujące się wokół niego ogrody, nie licząc się z tym ile pochłonie to pieniędzy, w pobliskim Paryżu wiele osób chodziło głodnych i cierpiało biedę.  Ciekaw jestem ilu ludzi zginęło, budując ten wielki jak na tamte, ale i dzisiejsze czasy, kompleks. Jego budowę rozpoczęto w 1668 roku, a miejscem rezydencji królów stał się 14 lat później. We wnętrzu pałacu znajduje się aż 700 pomieszczeń, z czego dzisiaj dostępnych dla zwiedzających jest około 120. Przemierzenie ich w dość dużym, międzynarodowym tłumie osób, zajmuje sporo czasu, który jednak ze względu na piękny wystrój sal, wspaniałe rzeźby, obrazy, żyrandole i oranżerie, wcale się nie dłużył. Chociaż przyznam, że duże zagęszczenie ludzi działało mi momentami na nerwy. Za panowania wspomnianego Ludwika XIV, cały kompleks uległ największej rozbudowie. Powstały nowe skrzydła, komnaty, na zewnątrz z kolei wybudowano fontanny, a park został przekształcony w miejsce wypoczynku i rozrywki. Ciekawostką jest fakt, że król każdemu pozwalał na zwiedzanie pałacu. Nie trzeba było kupować żadnych biletów, a jedynym warunkiem wstępu było przyzwoite odzienie. Szkoda, że dzisiaj ta zasada już nie obowiązuje.

         Mimo międzynarodowego tłumu czas się nie dłużył

Wspaniałe budowla i przebogate wnętrza to nie jedyne atrakcje. Tuż przy pałacu znajduje się ogromny park wersalski, którego powierzchnia wynosi aż 800 hektarów. Uznawany jest on za klasykę ogrodów w stylu francuskim. Nie jestem w stanie policzyć wszystkich znajdujących się tam rzeźb i fontann z których chyba wszystkie zasługiwałyby na uwiecznienie na fotografii. Na środku ogrodu znajdował się wielki staw, po którym wynajętymi łodziami pływały rodziny, znajomi i zakochane pary. Niektórzy radzili sobie całkiem dobrze, ale inni nawet po intensywnym treningu raczej nie mieliby szans na wioślarskich mistrzostwach. Wszystko było bardzo zadbane, a wokół mnóstwo drzew, krzewów i innej zieleni. Od czasu do czasu można było dostrzec przechadzających się i bacznie obserwujących każdego strażników. Moim zdaniem trochę za bardzo przejmowali się swoją pracą, bo zwracali ludziom uwagę gdy tylko ktoś, choćby na kilka centymetrów, zszedł poza wyznaczone ścieżki. Ja sam zostałem w uprzejmy sposób przegoniony z drewnianego pomostu, na którym zwyczajnie postanowiłem sobie przysiąść, żeby chwilę odpocząć. Dobrze, że nie widzieli momentu, w którym postanowiłem sprawdzić, jak będzie wyglądać rzeźba Sfinksa z moją czapką Adidasa na głowie. Podsumowując ten dzień, mimo dość długiego czasu spędzonego w kosmopolitycznej kolejce, nie można było żałować wycieczki do kompleksu pałacowo – ogrodowego w Wersalu. Gdy przed wieczorem plac przed pałacem i okoliczny park zaczęły pustoszeć, obserwując zmniejszający nieruch siedziałem z poczuciem dobrze wykorzystanego, letniego popołudnia.

                      Wersalski labirynt


 Nauka i rozrywka

3D, 5D, Full HD. Te określenia kojarzą nam się z najnowocześniejszymi technologiami kinowymi i telewizyjnymi. W dzisiejszych czasach możemy oglądać filmy i programy telewizyjne w niespotykanej dotąd rozdzielczości i jakości przekazu. W kinach z kolei coraz częściej spotykamy się z ofertą projekcji trójwymiarowej. W moim poczuciu wszystko to blednie w porównaniu do tego, czego widz może doświadczyć w kulistej, pokrytej wypolerowaną blachą stalową konstrukcji, jaka znajduje się w jednej z północno-wschodnich dzielnic Paryża. Z zewnątrz ta kula o średnicy 36 metrów lśni tak, że bez problemu można w niej zobaczyć swoje odbicie. Jej nazwa brzmi Geode. Wewnątrz na zwiedzających czeka możliwość wejścia do sali kinowej, w której prezentowane są filmy o różnorodnej tematyce: podróżnicze, historyczne, dokumentalne. Wszystkie w technologii IMAX. Wewnątrz znajduje się olbrzymi, zakrzywiony ekran o powierzchni aż 1000 metrów kwadratowych. W połączeniu z nowoczesnym, dwunastopunktowym systemem nagłośnieniowym, sprawiającym, że dźwięk dobiegał ze wszystkich stron, ekran powodował, że widzowie mogli czuć się, jakby sami byli uczestnikami prezentowanych wydarzeń. Przyznam, że gdy ukazane były sceny pokazujące Wielki Kanion w Kolorado, osoby cierpiące na lęk wysokości mogły lekko się przestraszyć. Ja wybrałem się na film o życiu ludzi żyjących na jednej z odległych wysp położonych gdzieś na Pacyfiku. Prócz tego, że można było zobaczyć jak żyją osoby pochodzące z odległych lądów, miałem okazję podziwiać na tym wielkim ekranie wspaniałe widoki, z jakimi często ma się do czynienia na tropikalnych wyspach. Cena za taki seans była, jak można się domyślić, dosyć wysoka. Szkoda, że trwał on tylko 50 minut. Mimo tego sala była wypełniona do ostatniego miejsca, a bilety należało wykupić z dwu, a nawet trzygodzinnym wyprzedzeniem. 

           Kino, a może kosmiczny sputnik?

Tuż obok znajdowało się Cité des Sciences et de l'Industrie, czyli mówiąc krótko, największe w Europie muzeum nauki i techniki. By móc obejrzeć wystawy, trzeba było wydać trochę euro na bilet, który raczej nie należał do tanich. Chwilę wahałem się czy zdecydować się na zwiedzanie, ale widok ciekawych eksponatów jakie zauważyłem już z oddali oraz świadomość, że nie wiadomo kiedy znów będę miał okazję tutaj wrócić sprawiły, że ruszyłem w kierunku kolejki do kasy. Obiekt ten bardzo przypomina nasze rodzime Centrum Nauki Kopernik, tyle że jest jeszcze bogatsze od swojego polskiego odpowiednika. Ekspozycje podzielone są na różne działy znajdujące się na kilku piętrach. Wśród nich były chociażby transport i komunikacja, dźwięki i akustyka, podbój kosmosu, przyroda, a nawet planetarium. W środku znajdował się też pomalowany na czerwono, prawdziwy helikopter. Na każdym poziomie przechadzało się wielu ludzi w różnych przedziałach wiekowych. Rocznie przewija się ich tutaj nawet 5 milionów.  

           Chętnych na spotkanie z nauką nie brakowało

Nie była to wystawa w stylu tych, na których eksponaty oświetlone ledowymi żarówkami, znajdują się w szczelnie zamkniętych gablotach. Nic z tych rzeczy. Tutaj prawie każdy element wystawy był interaktywny, przez co czas mijał bardzo szybko. Można na przykład było zbudować model rakiety, co raczej wyszło mi nieudolnie, z bliska poznać zasady działania różnych maszyn i przeprowadzić wiele innych eksperymentów.  Eksperymentatorzy zgromadzili się nie tylko w muzeum techniki. Wracając w kierunku metra, zauważyłem dość sporą grupkę klonów Boba Marleya. Wszyscy ubrani w kolorowe czapeczki, równie kolorowe koszule i porozciągane dresy. Nie prezentowali się zbyt sympatycznie. Zastanawiacie się zapewne jakie to eksperymenty prowadzili. Otóż przedmiotem ich badań było jakieś podejrzane zielsko, którym śmierdziało od nich na kilometr.

W świecie biznesu

La Defense to najnowocześniejsza dzielnica Paryża.  Turysta nie znajdzie tam klasycznych rzeźb, zabytkowych kamienic, monumentów albo galerii sztuki. Ich miejsce zajęły nowoczesne, oszklone wieżowce pomiędzy którymi przemykali wystrojeni w garnitury, krawaty i białe kołnierzyki biznesmeni, kroczący nierzadko z przyciśniętym do ucha telefonem. Można zatem spotkać się z opiniami, że nie warto się tam zapuszczać. Byłem innego zdania. Najprostsza droga na miejsce to około półgodzinna podróż podmiejskim pociągiem. Zauważyłem, że w tego typu środkach transportu nie brakuje osobliwych ludzi. Jednym z nich był pewien pan mogący mieć koło 60 lat, który mówiąc dyplomatycznie, nie wyglądał zbyt schludnie. Usiadł pomiędzy innymi pasażerami, zaczął się wydzierać, by po chwili zacząć recytować jakiś wiersz. Kto wie, może był to jakiś artysta, któremu w życiu zdarzyło się jakieś nieszczęście, sprowadzające go do takiej opłakanej sytuacji w jakiej się znajdował? W pociągu nie znaleźli się jednak amatorzy jego talentu, bo część wagonu, w której siedział, bardzo szybko opustoszała.
Dzielnica zrobiła na mnie wrażenie. Ponad dwustumetrowe drapacze chmur i słynny wieżowiec – łuk, choć mogą wydawać się bezduszne i chłodne, przykuwały mój wzrok na dłuższą chwilę. Od patrzenia w górę w końcu zaczęła boleć mnie szyja. To właśnie tutaj koncertował Jean Michel – Jarre, a jego występ, który zgromadził 2,5 miliona ludzi, przeszedł do historii jako jedno z największych wydarzeń świata muzyki. Przechadzając się po okolicy, raz po raz można było spotkać głupawe, moim zdaniem, rzeźby i dzieła sztuki. Jedna z nich przedstawiała uniesiony do góry kciuk. Inna, to z kolei pomalowane na czerwono, pogięte blachy sterczące z chodnika jak szczątki samolotu. Jeszcze kolejna to porozstawiane nieregularnie czerwone pachołki. Podobne do tych, pomiędzy którymi biegało się na lekcjach wychowania fizycznego
          W centrum świata biznesu

Jest to naturalne środowisko biznesmenów. Co chwila któryś przemyka żwawym krokiem jakby bojąc się, że każda minuta zwłoki może oznaczać wielomilionowe straty. Inni siedzą w eleganckich lokalach, rozmawiając zapewne o najnowszych giełdowych inwestycjach. Nie rozumiem co mówią, ale z dużym prawdopodobieństwem mogłem to przewidzieć:

- Pierre, a jak tam notowania w Twojej firmie?
- Dziękuje, nienajgorzej. Nasi azjatyccy inwestorzy...

                       Przerwa na lunch

            Nie rozumiem tego świata. Przeżywanie tego, że jakaś kreska na wykresie idzie w górę, albo opada w dół wydaje mi się śmieszne. Czy to rzeczywiście zmienia coś istotnego w życiu tych ludzi? Tymczasem mogą sprawiać oni wrażenie kogoś, dla kogo bycie biznesmenem i praca w międzynarodowej korporacji jest niemal jak religia i system wartości.  Skoro jesteśmy przy religii, tym co mnie zaskoczyło było to, że znalazł się tutaj katolicki kościół. W La Defense nie spodziewałem się zobaczyć w ogóle jakiejkolwiek świątyni. Tymczasem pomiędzy wielkimi wieżowcami znajdował się krzyż, który łatwo było przeoczyć, tak jakby nieśmiało pokazywał się on tylko tym, którzy chcieli go zobaczyć. Prowadził on do kościoła zajmującego fragment parteru i pierwszego piętra jednej z przeszklonych budowli. Była to naprawdę specyficzna mieszanka.

Dzielnica królów i sportowców

            W wielu krajach są takie miejsca, gdzie spoczywają ciała królowych, królów i innych ważnych dla danego państwa osobistości. Są to monumentalne miejsca, w których głośnym echem odbijają się kroki zwiedzających z całego świata. U nas w Polsce takim miejscem jest Wawel lub też Katedra w Gnieźnie. Dla Francuzów jest nim Katedra w dzielnicy Saint Denis. Do XIX wieku była to główna nekropolia francuskich władców.  W czasie rewolucji francuskiej do świątyni wdarła się hołota, która bezmyślnie zaczęła niszczyć zabytkowe posągi i groby. Monarchia kojarzyła im się bowiem z czasem uciemiężenia. Z rozbitych rzeźb usypano kopiec ku czci bohaterów rewolucji. Rozumiem nastroje jakie panowały wtedy we Francji. Wielu ludzi cierpiało biedę, gdy elita pławiła się w luksusie. To nie było dobre i gdybym żył w tamtych czasach też uważałbym, że coś z tym trzeba zrobić. Choć może wielu się z tym nie zgodzi, ale mnie jednak, ci rewolucjoniści bardziej kojarzą się nie z narodowymi bohaterami walczącymi o wolność, a z bezmózgową zgrają, która niszczy co tylko napotka na swojej drodze i odcina głowę każdemu, kto ośmieli się wypowiedzieć choćby jedno słowo krytyki wobec nowego porządku.

                      Katedra w Saint Denis

            Katedra podzielona była na dwie części. Jedna z nich była dostępna dla każdego za darmo. Była tam mała kaplica, w której można było odciąć się od turystycznego tłumu, chwilę pomodlić i uspokoić myśli. Druga część kościoła, to mauzolea i krypty. Mnie udało się tam wejść za darmo z racji niskiego wieku, ale dla innych cena wynosiła 7 euro. Nigdy nie podobała mi się opcja płacenia za wejście do kościoła, niezależnie od tego czy są tam zabytkowe grobowce, odbywa się wystawa, albo koncert. W moim rozumieniu kościół jest miejscem dla ludzi, gdzie każdy, niezależnie od tego kim jest i skąd pochodzi, ma prawo wejść, by się wyciszyć, pomodlić i zastanowić nad różnymi sprawami. Żaden człowiek nie powinien (poza skrajnymi przypadkami) zakazywać lub ograniczać komukolwiek wejścia do kościoła. Nawet jeżeli leżą tam kostki byłych królów!

                      Posąg Ludwika XVI i Marii Antoniny

            Jakieś półtora kilometra dalej także znajdowała się świątynia, ale już zupełnie innego rodzaju. Stade de France – miejsce światowych wydarzeń sportowych i artystycznych. Jego otwarcie nastąpiło w 1998 roku, kilka miesięcy przed piłkarskimi mistrzostwami świata, które tego roku odbywały się właśnie we Francji. Przy jego budowie musiano obniżyć jego fundament o 11 metrów, aby nie był wyższy niż znajdująca się nieopodal katedra, mająca dla Francuzów wielkie znaczenie. Kupienie biletu na wycieczkę z przewodnikiem po stadionie, było dla mnie obowiązkowe. Zwiedzanie rozpoczęło się od przejścia do muzeum poświęconego historii stadionu oraz wydarzeniom jakie miały na nim miejsce. Było tam wiele eksponatów, które sprawiały, że czułem się tak, jakbym dotykał historii światowego sportu i światowej muzyki. Na wystawach można było zobaczyć oryginalne koszulki Zinedina Zidana, w której ten zagrał w finale mistrzostw z 1998 roku. Kawałek dalej koszulka Ronaldo (tego prawdziwego, z Brazylii), a także innych sportowców. 

                                  Oryginalna koszulka oryginalnego Ronaldo

W jeszcze innym miejscu z bliska można było spojrzeć na kombinezon i kask Jeana Alesiego, który wygrał wyścigi samochodowe na wytyczonym w obrębie stadionu lodowym torze.  Przez trzy lata z rzędu odbywał się tu również coroczny Wyścig Mistrzów, który gromadzi najlepszych kierowców z całego świata i z różnych dziedzin sportów motorowych. Zawody ściągnęły takich zawodników jak Sebastian Loeb, Michael Schumacher, David Coulthard czy Travis Pastrana. To topowe nazwiska świata motosportu. Ale stadion to także miejsce wspaniałych zawodów lekkoatletycznych, na których pojawiali się najwybitniejsi sportowcy, z Usainem Boltem włącznie. Poza tym regularnie organizowane są tu występy międzynarodowych gwiazd estrady. Stadion gościł już między innymi takich artystów jak zespoły U2 i Coldplay,  Tinę Turner, Paula McCartneya, Joe Cockera czy Armina van Buurena. Wystąpić tutaj przed niemal 80 000 publicznością we wnętrzu areny będącej świadkiem takich epickich wydarzeń, byłoby czymś niezwykłym i ekscytującym.

                                Autor na stanowisku komentatorskim

            Po obejrzeniu wystawy przyszedł czas na spacer po stadionowym kompleksie. Naszą grupę składającą się z reprezentantów Polski oraz Wielkiej Brytanii oprowadzał młody chłopak z Holandii. Skoro jest to miejsce goszczące ludzi z całego świata, to i podczas zwiedzania trzeba obracać się w międzynarodowym towarzystwie! Mieliśmy okazję zobaczyć pomieszczenia stadionu, które na co dzień nie są dostępne dla ludzi, szatnie, sale treningową, sale konferencyjną, loże wipowskie i tak dalej. Zaskoczył mnie fakt, że na stadionie znajduje się także hotel, z którego skorzystać mogą sportowcy, bądź występujący artyści. Bardzo praktyczne rozwiązanie. W końcu weszliśmy na płytę stadionu bramą, którą przekraczały już największe sławy sportu. Na mojej twarzy od razu pokazał się szeroki uśmiech, a oczami wyobraźni widziałem jak w moją stronę zwróconych jest 80 000 twarzy. Bez wahania stwierdzę, że wizyta na tej światowej arenie była dla mnie jednym z najlepszych punktów wyprawy w okolice Paryża. 

                      Na światowej arenie

Miasteczko, w którym czas płynie wolniej

            Pod koniec pobytu wybrałem się do położonego jakieś 40 – 50 kilometrów poza Paryżem miasteczka Pontoise. To niespełna 30 tysięczne miasteczko bardzo przypominało mi Sandomierz. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby nagle zza rogu na rowerze wyjechał francuski odpowiednik Ojca Mateusza. W samym centrum znajdował się niewielki, oświetlony tego dnia mocnymi promieniami słońca, ryneczek, z boku którego znajdował się stary kościół. Z dworca kolejowego prowadziła tam dość stroma i długa ulica, ale uporałem się z nią bez jakiejkolwiek zadyszki. Wszedłem do kościoła. Przechadzając się którąś z bocznych naw nieco mrocznej i wybudowanej w podobnym stylu co katedra Notre Dame budowli, natykam się na tutejszego księdza. Bardzo sympatyczny człowiek. Opowiadał coś mojej siostrze po francusku, ale ja nic nie rozumiałem. Gdy się zorientował i przeszedł na język angielski, mogłem posłuchać co nieco o historii tej świątyni oraz miasteczka w którym się znajdowała. W końcu zaczął opowiadać z tak wielkim entuzjazmem, że upomniał go jakiś gość, który przyszedł tutaj, aby w spokoju się pomodlić. 

                      W Pontoise cały czas panuje klimat sobotniego popołudnia

            Po tym krótkim i nieplanowanym wykładzie przyszedł czas na spacer po miasteczku. Choć był to poniedziałek, panowała tu taka atmosfera i taki spokój, jakby było sobotnie popołudnie. Jest tam naprawdę cicho i spokojnie. Z rzadka przejedzie jakiś samochód. To prawdziwe wytchnienie po czasie spędzonym w wielkiej metropolii. Podoba mi się zwłaszcza dzielnica jednorodzinnych domków. Ludzie żyją tam blisko przyrody, a wokół zadbanych domów z pomalowanymi na różne kolory okiennicami, znajdują się ociekające zielenią, przydomowe ogródki.  Takie miejsca, jak to, odpowiadają mi znacznie bardziej niż paryskie arterie. Późnym popołudniem wracam na ryneczek. Siadam w skromnej, ale eleganckiej knajpce, zamawiam jedno piwo i cieszę się przyjemnie przypiekającym słońcem. Bardzo lubię takie chwile gdy w oddalonym od tłumów i przyjemnym miejscu można usiąść z chłodnym trunkiem w ręku i delektować ciepłym dniem,  nie przejmując się upływającym czasem. Zauważyłem, że chyba jest to popularne miejsce spotkań tutejszej młodzieży. Widzę parę osób mniej więcej w moim wieku. Niedaleko mnie siedzi grupka eleganckich dziewczyn, do których aparycji trzymany w ręku papieros, moim skromnym zdaniem, nie pasuje. Kawałek dalej siedziała następna mała grupa młodzieży. Podoba mi się ten lokal i podejrzewam, że gdybym tu mieszkał, także byłbym tu częstym bywalcem.




Sacre Coeur i piłkarz wyczynowiec

            Ostatni dzień to kilkugodzinny spacer ulicami stolicy Francji. Nie wiem kiedy tam znów się wybiorę, dlatego warto było przejść się, aby nacieszyć się widokami, poobserwować tutejsze życie, pożartować z Azjatów, którzy potrafią bić rekordy w ilości robionych zdjęć na minutę, oraz aby dobrze utkwiła mi w pamięci atmosfera tego miejsca. Wybrałem się do kościoła Sacre Coeur. Znajduje się on na wzgórzu, z którego roztacza się widok na sporą cześć miasta. Wokół mnóstwo turystów, tak, że niemal cały czas muszę torować sobie drogę jak arktyczny lodołamacz. Grupa afrykańskich emigrantów stoi pod kościołem i próbuje sprzedać przechodniom małe modele Wieży Eiffela, ewentualnie butelki z wodą za 1 Euro. Nagle zbierają manatki i zaczynają biec tak szybko, jakby przygotowywali się do Igrzysk Olimpijskich. Ich śladem rusza żandarm, który nie zraża się własną przewrotką. Do tej pory nie sądziłem, że ich działanie, choć  czasem natrętne, jest też uważane za nielegalne.
            Wchodzę do kościoła. Jest tu tak wielu ludzi, że jedne z drzwi służą jako wejście, drugie jako wyjście. W innym wypadku zapanował by tutaj niesłychany chaos. W środku można usiąść w którejś z ławek i pomodlić się. Warunki są jednak niesprzyjające. Cały czas ktoś głośno rozmawia, albo robi 100 zdjęć na minutę, zapominając, że znajduje się w miejscu świętym. Z górnego sklepienia kościoła na wszystkich odwiedzających spogląda  postać Jezusa, który rozpościera ręce na znak otwartości na każdego człowieka. Wyczuwa się jednak to, ze wielu ludzi traktuje to miejsce jako warty odwiedzenia, ale jednak zwyczajny budynek. Nikogo nie można zmuszać do bycia katolikiem czy w ogóle chrześcijaninem. Mimo to zwyczajna, ludzka przyzwoitość wymaga, aby, niezależnie od tego czy jest się w kościele katolicki, protestanckim, synagodze bądź meczecie,  godnie się zachowywać.
            Gdy wyszedłem z kościoła,  stałem się świadkiem prawdziwego sportowego spektaklu. Jego bohaterem był ubrany w dresowe spodnie, biały sweter i zimowa czapkę, dobrze zbudowany Murzyn. Jego narzędziem pracy była piłka nożna oraz własne ciało. Ten człowiek wyczyniał z piłką takie akrobacje i sztuczki, jakby zwyczajnie kpił sobie z prawa grawitacji. Stanie na płocie otaczającym teren kościoła i odbijanie piłki to było zdecydowanie za mało. Po chwili piłkarz bez wysiłku wspiął się na stojącą obok, kilkumetrową lampę i wisząc na niej, odbijał piłkę w dalszym ciągu. Z całym szacunkiem dla zawodowych piłkarzy występujących w światowych rozgrywkach, ale przy tym młodym chłopaku wydawali mi się oni podwórkowymi chłopcami, którzy potykają się o własne nogi. Jego wyczyny zgromadziły kilkudziesięcioosobowa publiczność. Jak dowiedziałem się już po powrocie do domu, ten utalentowany człowiek to Iya Traore i jest we Francji całkiem popularny. Śmiało zachęcam do poświecenia chociaż krótkiej chwili na obejrzenie w internecie jego wyczynów. 

                     Iya Traore - piłkarz wyczynowiec

Poza turystycznymi arteriami

            Nie jestem typem turysty, który przyjeżdżając do jakiegoś miejsca chce w jak najkrótszym czasie zobaczyć jak najwięcej zabytków i atrakcji turystycznych. Odhaczanie kolejnych obiektów na liście niczym podczas jakiejś inwentury w supermarkecie,  połączone z robieniem sobie na tle każdego z nich pamiątkowego zdjęcia, to nie mój styl. Jeśli komuś to odpowiada, proszę bardzo. Ja jednak często lubię zatrzymać się, zejść ze ścieżek, którymi chadza większość odwiedzających i poobserwować jak wygląda codzienne życie, a nie to podstawione pod nos zagranicznych gości. To właśnie w takich miejscach można odkryć chociażby jakąś mało znaną, ale serwującą dobre i w miarę tanie jedzenie, restauracyjkę. Owszem, ja też lubię zahaczyć o atrakcje turystyczne. Wiele z nich jest naprawdę godnych uwagi i żałowałbym, gdybym ich nie zobaczył jednak zdecydowanie nie jestem osobą, dla której esencja podróżowania to bieganie od punktu do punktu, od zabytku do zabytku.  Warto wejść w jakieś puste uliczki, powłóczyć się bez celu po mniej uczęszczanych okolicach. Dzięki temu mam szansę zobaczyć normalne życie. W ten sposób trafiłem miedzy innymi na koncert muzyki klasycznej. Być może byłby to koncert jakich wiele w różnych miastach na świecie, gdyby nie to, że na pianie grał artysta, który był niewidomy. Grał pozytywne, melodyjne i łatwo wpadające w ucho utwory. Dla mnie to nieco inny muzyczny świat, niż ten w którym poruszam się na co dzień, ale samemu będąc muzykiem, nie mogłem nie docenić tego człowieka jak i tego, co zaprezentował na scenie. 

                                   Poza turystycznymi szlakami

Wariackie tempo życia

            Nikogo chyba nie muszę przekonywać, że Paryż to światowa metropolia. Zrozumiałe jest zatem, że tempo życia potrafi być tutaj naprawdę ogromne. Ludzie wiecznie się spieszą. Pędzą pomiędzy peronami stacji kolejowej szukając odpowiedniego stanowiska i zachowując się tak, jak gdyby byli zawodnikami startującymi w konkurencji biegu do pociągu na czas.  Tak, jakby od tego czy dotrą na miejsce pięć minut wcześniej, bądź później, zależały losy Francji. Gdy wysiadając z pociągu wspaniałomyślnie postanowiłem zwolnić, aby przepuścić jakąś osobę, z którą krzyżowała się akurat moja linia marszu, popełniłem chyba mały błąd i omal nie doprowadziłem do katastrofy w ruchu lądowym. Od razu wpadła na mnie jakaś ¼ populacji Paryża, która ślepo gnała przed siebie jak stado bizonów na amerykańskiej prerii. W ogóle to mam wrażenie, że ludzie nie umieją tu chodzić. Nie trzymają się prawej strony chodnika, włażą bezpardonowo pod nogi i czasem nie zachowują odpowiedniego dystansu do innych ludzi. Nie wiem z czego to wynika, ale podejrzewam, że jest to efekt tutejszego tempa życia. Tempa tak zawrotnego, że prędzej czy później będzie miało ono negatywne skutki zarówno w życiu pojedynczych ludzi, jak i społeczeństwa. Ja bym tak nie mógł. Nieustanna gonitwa i pośpiech za nie wiadomo czym to nie dla mnie.

                      Dworzec Saint Lazare i wariackie tempo życia

            Nie tylko na chodnikach i innych strefach dla pieszych panuje taki młyn. W miejskim ruchu drogowym jest tutaj tak samo. Tłok, korki, podjeżdżanie, zajeżdżanie i inne tego typu zachowania to tutaj codzienność. Dla niektórych kierowców na wyposażeniu samochodu mogłoby też w ogóle nie być kierunkowskazów, bo i tak ich nie używają. Do tego dochodzą słabo lub w ogóle niewidoczne linie wyznaczające pasy ruchu na niektórych ruchliwych arteriach. Tu trzeba mieć oczy dookoła głowy, a jazda autem to prawdziwa szkoła przetrwania. Nigdy nie wiadomo, kiedy przed maskę wyskoczy skuter lub motocykl, są w stanie nadjechać dosłownie znikąd. Nie jest się też w stanie przewidzieć czy czasem jadąca obok ciężarówka nagle nie zajedzie drogi, albo czy na czerwonym świetle na jezdnię nie wkroczy nieuważny pieszy. Gdy więc spacerując po mieście na wielu samochodach widziałem wgniotki, rysy i inne ślady uderzeń, wiedziałem co jest tego przyczyną. Wygląda to tak, jakby narodowym sportem było tutaj Destruction Derby, podczas którego dozwolone jest wypychanie innych zawodników z trasy. Normą jest także zostawianie samochodu po prostu tam, gdzie akurat znajdzie się miejsce. Środek przejścia dla pieszych wydaje się idealny. Często widziałem też jak samochody były zaparkowane w taki sposób, że kierowcy, którzy zostawili swoje pojazdy w środku grupy zaparkowanych aut, nie byliby w stanie wyjechać, bez przepchnięcia samochodu, który jest przed, albo za. Choć przyjazd do Paryża samochodem byłby najtańszą opcją, to dobrze zrobiłem, że się na to nie zdecydowałem. 

                      Drogowy obłęd

Kulturowy megamiks

            Z wielu stron dochodzą nas głosy, że współczesny Paryż to istna mieszanka kulturowa. Opierając się na własnym doświadczeniu mogę powiedzieć, że to prawda. Biali, Azjaci, Murzyni, ludzie o arabskich rysach twarzy, lub nawet europejskich, ale zdradzających pochodzenie z krajów południowych. Nawet w bloku gdzie rezydowaliśmy, mieszkał ze swoją żoną pewien wiecznie uśmiechnięty Chińczyk, który często czytał na balkonie gazety, chowając się przed słońcem za kolorową parasolką.   Taki kulturowy megamiks to chyba nie jest dobra rzecz. Ja nie jestem rasistą, ale uważam, że każdy naród czy kultura powinny mieć swoje miejsce na Ziemi. Z jednej strony to fajna rzecz mieć na co dzień kontakt z ludźmi pochodzącymi z innych miejsc na świecie i patrzących nieco inaczej od nas na rzeczywistość. Takie spotkania to szansa na to, żeby czegoś nauczyć się od innych, a także żeby inni mogli czegoś wartościowego nauczyć się od nas. Trzeba też zrozumieć tych, którzy przenieśli się do Francji, bo była to dla nich jedyna szansa, aby zapewnić sobie i swojej rodzinie lepsze życie, wykształcenie, pracę i godne warunki. Z drugiej jednak strony duża ilość imigrantów wywołuje spore problemy. Ich obecność niekiedy powoduje napięcia społeczne, otwarte konflikty, brak chęci asymilacji ze społeczeństwem, narzucanie własnych wartości kulturowych czy świadomy wybór życia na koszt państwa poprzez wieloletnie korzystanie z zasiłków. Gdy rozmawialiśmy później ze znajomą z Paryża, potwierdziła ona wspomniane kwestie na przykładzie muzułmanów. Jest ich tam bardzo wielu, a spora ich grupa nie chce zintegrować się z innymi mieszkańcami miasta, żyje z zasiłków i ma pretensję do wszystkich naokoło, że nie myślą po muzułmańsku.
            Któregoś dnia zapuściłem się do jednej z dzielnic znajdującej się w okolicach północnej granicy miasta. Bardzo przypominała nieco zaniedbane blokowiska, na jakie można natrafić w każdym większym mieście w naszym kraju. Z kulturą francuską nie mają one jednak wiele wspólnego. Mieszkali tam głównie ludzie, którzy przybyli tutaj z francuskojęzycznych krajów afrykańskich. Są to okolice owiane złą reputacją. W wielu przewodnikach, a także z ust znawców życia w Paryżu usłyszycie, żeby nie wybierać się tam na popołudniowy spacerek. Do dzisiaj uważa się, że region ten to naturalne siedlisko przemytników, gangsterów, złodziei, dilerów narkotyków i prostytutek. Absolutnie nie miałem zamiaru tam się zapuszczać, ale podczas moich wędrówek jakimś zrządzeniem losu się tam znalazłem. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy zapuściłem się już kawałek w głąb dzielnicy i wokół siebie zobaczyłem zdecydowaną przewagę osób o rysach jak najbardziej nieeuropejskich. Mam wrażenie, że momentami ja i moja siostra byliśmy tam jedynymi osobami europejskiego pochodzenia w promieniu ładnych kilkudziesięciu, a może i kilkuset metrów. Prawie wszyscy mieli tam śniadą, albo czarną karnację, a spora część z tych osób była ubrana w arabskie sukmany i orientalne kapelusze. Przesiadywali na podniszczonych ławkach i murkach, rozprawiając o wiadomych sobie tematach. Na jednej z ulic mieli nawet swój meczet. Można by się spodziewać tego, że człowiek, po którym widać, że nie jest z tej okolicy, będzie tam widziany tak mile jak pająki w namiocie. Tymczasem nie spotkałem się z żadnymi przejawami wrogiego nastawienia. Nie natrafiłem na żadne nieufne spojrzenia. Nikt po prostu nie zwracał na mnie uwagi tak jakbym był pierwszym lepszym przechodniem. Może to dowód na to, że nie warto zanadto dowierzać stereotypom?  Być może w dzień jest tam nienajgorzej, ale mimo wszystko klimat dzielnicy sprawiał, że musiałbym mieć coś nie tak z głowa, aby wybrać się tam późnym wieczorem lub w nocy. Mogłoby się to skończyć artykułem w Le Parisien, o polskim turyście, który zaginął gdzieś w północnej części Paryża...
            Skoro już mowa o emigracji, to muszę zauważyć, że wielu migrantów pochodzi z Polski. Nie trzeba szukać daleko, przykładem może być chociażby nasza znajoma. Szacuje się, że w rejonie Paryża naszych rodaków może być nawet 300 tysięcy.  O tym, że mieszka ich tutaj naprawdę spora liczba, mogłem przekonać się gdy w niedzielne przedpołudnie wybrałem się do kościoła. Przybyłem na miejsce kilkanaście minut przed czasem, więc miałem chwilę, aby dokładnie rozejrzeć się po placu znajdującym się przy kościele, jak i w jego wnętrzu. Toczyło się sporo luźnych rozmów w języku polskim. Do środka prowadziły niezbyt wysokie schody, na których szycie znajdowało się sześć kolumn w stylu jońskim. Nad całością dominowała wysoka kopuła przypominająca tę, która jest częścią bazyliki w Licheniu. Wnętrze przypominało typowy polski kościół. Było tam wiele obrazów typowych dla świątyń w naszym kraju, sporo portretów przedstawiających polskich świętych oraz tablica upamiętniająca wizytę Lecha Kaczyńskiego w 2007 roku. Cały kościół był zapełniony rodakami niemal do ostatniego miejsca. Osób na niedzielnej mszy było tutaj zdecydowanie więcej niż w niejednym kościele w Polsce. Zauważyłem też, że ludzie raczej nie przychodzą na zasadzie obowiązku do odhaczenia. W postawie ludzi było wyraźnie widoczne zaangażowanie w modlitwę. Także ksiądz nie odbębniał swoich mszalnych obowiązków, ale starannie prowadził modlitwę. Polski kościół w Paryżu to miejsce, gdzie religia nie jest traktowana jako pusty obrządek, ale miejsce spotkań ludzi dla których jest ona istotnym elementem życia. 


Modnisie i fircyki

            W Paryżu ciekawą kwestią jest sposób ubierania się żyjących tu ludzi. Wiele mówi się na temat tego, że jest to światowe centrum mody. Rzeczywiście, wiele osób, należących do obu płci, potrafi się ładnie i elegancko ubrać. Kolory i style poszczególnych części garderoby, były do siebie dopasowane, a aparycji takich osób nie można było niczego zarzucić. Śmiało mogły by pozować do portretu któregoś z impresjonistów, których obrazy licznie były prezentowane w tutejszych muzeach i galeriach. Któregoś dnia z ciekawości wybrałem się do najmodniejszego w mieście centrum handlowego. Wielki budynek, w którym na własne oczy zobaczyć można czym jest moda światowej klasy. W środku wielu ludzi. Nie tylko takich, którzy chcieliby wyjść stamtąd z jakimś nowym nabytkiem. Część osób, podobnie jak ja, weszła tam z ciekawości. Dla niektórych taka ilość sklepów i produktów w jednym miejscu to było zdecydowanie za wiele. Przykładem był pewien 40 – paro letni pan, który zwyczajnie położył się na sklepowej ławeczce i zasnął. Wcale mnie to nie dziwi, bo dłuższe zwiedzanie tego miejsca, także mnie zaczęło męczyć. W tym świecie wyszukanych i drogich kreacji, gdzie zwykły pasek do spodni może być wydatkiem rzędu 100 euro, ubrany w koszulkę North Face’a, dżinsowe spodenki i wysłużone adidasy, pasowałem jak pięść do nosa.
            Tutejsza moda ma jednak drugą stronę medalu. Nie brakuje takich, którzy dzięki temu jak są ubrani i jaki prezentują wizerunek, zasługują na miano dziwolągów i fircyków. Ludzie z fryzurami uformowanymi w specyficzne czuby, na które, dla wzmocnienia efektu, wylali hektolitry żelu do włosów to tutaj pewna norma. Do tego dochodzą jakieś rozmemłane podkoszulki, rozchełstane bluzy i spodnie, które w znacznie większym procencie składają się z wyciętych dziur, niż z materiału. Według nich, są pewnie ubrani według najnowszych trendów. Według mnie nadawaliby się na stracha na wróble. To dziwne, że coś takiego często uznawane jest za bycie za pan brat z modą, gdy tymczasem ktoś tylko założy skarpetę do sandała, w czym ja osobiście nie widzę niczego złego, zaraz uznany zostaje za kogoś w rodzaju społecznego odszczepieńca.


Po co w ogóle tam jechać?

            Nie jestem typem mieszczucha. Zatłoczone i tętniące życiem arterie nie są moim żywiołem. Znacznie lepiej czuje się tam, gdzie tempo życia jest wolniejsze, a ludzie na co dzień żyją blisko przyrody. Bardziej jak u siebie czuje się tam, gdzie wokół  mam dużo otwartych przestrzeni, a wśród drzew słychać szum wiatru i śpiew ptaków. Nie znaczy to jednak, ze jestem kimś w rodzaju wielkomiejskiego odludka. Lubię zwiedzać i poznawać duże metropolie, obserwować styl życia mieszkających tam ludzi. Dlatego cieszę się, że mogłem zobaczyć Paryż, ze swoimi jasnymi i ciemnymi stronami, nie na zdjęciach w magazynach podróżniczych, czy na filmowym ekranie, ale na własne oczy, poprzez własne doświadczenie. Chyba powinienem strzelić tutaj jakiś patetyczny, podsumowujący elaborat, ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Napiszę wiec w swoim stylu, tak jak przychodzi mi do głowy. Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego właściwie warto pojechać do Paryża, to nie byłbym w stanie podać jednego powodu, gdyż jest ich wiele. Nie jestem też w stanie spamiętać i spisać wszystkich wrażeń jakie towarzyszyły mi podczas wędrówek ulicami miasta.  Wspaniałe budowle, zabytki i obrazy, oryginalni ludzie, kultura, tutejszy styl, miejski gwar, ubrania za idiotycznie wręcz wysokie ceny, wspaniałe auta na ulicach, ale także brud, śmieci, tłok i smród spalin na najruchliwszych drogach – wszystko to składa się na obraz jaki pozostał w mojej głowie po tej wyprawie. Obraz tak kolorowy i różnorodny, jak dzieła francuskich impresjonistów, na których przeplatają się jasne i ciemne barwy. Może więc nie bez powodu w tym miejscu na Ziemi powstały wspaniałe dzieła zaliczane do tego malarskiego stylu? Prawdopodobnie to właśnie ta elegancja, mieszanka kulturowa i mnogość wrażeń mogą być tym, co do dnia dzisiejszego inspiruje wielu artystów i co sprawia, że wielu wizytujących chce tutaj wracać. 

            Włóczykij

Gdy ostatniego dnia siedziałem wieczorem na balkonie, patrząc na skąpane w żółtym świetle latarni ulice, na ostatnich gości opuszczających pobliską restaurację, znajdujące się w oddali wieżowce z dzielnicy La Defense i sunąc wzrokiem za przejeżdżającymi samochodami, w swojej głowie podsumowywałem cały ten wyjazd. Sporo rzeczy mnie tutaj trochę męczyło bądź, tak jak paryskie metro, wręcz mnie denerwowało, ale nie żałuję ani jednego spędzonego tutaj dnia. Wielbicielem wielkomiejskiego życia nie jestem, ale prędzej czy później, znów chętnie tutaj zawitam. 

Tekst: Mateusz Fabiszak
Zdjecia: Marta Fabiszak, Mateusz Fabiszak




Dakar na Narodowym - relacja

Mało kto słyszał o tym, że na stadionie organizuje się wyścigi samochodowe. Okazuje się, że coś takiego jest możliwe.
 
            4500 m3 gliny, 2000 m3 piasku przywiezionych przez ponad 400 ciężarówek, wiele litrów benzyny wypalonej podczas treningów oraz kilkadziesiąt, jeśli nie więcej, aut zaprezentowanych na Stadionie Narodowym przed oczyma jakichś 50 000 widzów. Oto kilka danych liczbowych, jakie charakteryzowały tegoroczną odsłonę motoryzacyjnej imprezy Verva Street Racing: Dakar na Narodowym. Była to już piąta edycja jednego z największych motoryzacyjnych wydarzeń w Polsce, a także w środkowej Europie. Tym razem, w przyjemny, sobotni wieczór, 20 września 2014, fanom motoryzacji przybliżony został świat wyścigów i rajdów terenowych.


           Impreza od samego początku swojego istnienia organizowana jest w Warszawie, ale przybywają na nią ludzie z wielu, nawet bardzo odległych regionów kraju. Pierwsze trzy edycje odbywały się na ulicach w okolicach Placu Teatralnego gdzie jeździły rozmaite samochody: klasyki, wyścigówki WTCC, GT3, Nascar, stare auta Le Mans oraz F1, motocykle, auta WRC i wiele innych. Przybyło też wielu znakomitych zawodników tak z Polski, jak i zza granicy. Wśród nich Kuba Przygoński, Jacek Czachor, Krzysztof Hołowczyc, Marc Coma, Cyril Despres czy Mika Hakkinen. To tylko niektóre osobistości. W 2012 dotarła rekordowa liczba widzów. Było ich aż około 100 000. Ubiegłoroczna edycja została przeniesiona na Stadion Narodowy, gdzie na stadionowej płycie wybudowano tor wyścigowy. Głównym punktem był Top Gear Live prowadzony przez Jeremiego Clarksona, Jamesa Maya i Richarda Hammonda.

            Tym razem wszystko zaczęło się już o godzinie 14, kiedy otwarte zostały tereny wokół stadionu, gdzie odbywało się Pit Party. Do głównych wydarzeń dnia miało dojść dopiero za kilka godzin, ale już teraz można było podziwiać mnóstwo niesamowitych maszyn ze świata motoryzacji. Ja mogłem tam dotrzeć dopiero o 17, ale godzina jaka mi została wystarczyła, aby bez wielkiego pośpiechu obejść cały teren. Pit Party podzielone zostało na kilkanaście stref. Nie będę szczegółowo omawiał każdej z nich. Powiem jednak tyle, że na mnie największe wrażenie zrobiły strefa wyścigów i rajdów, strefa klasyków, strefa militarna oraz strefa supercars. Była także możliwość, aby spotkać się i porozmawiać z utytułowanymi zawodnikami. W moim przypadku późne przybycie wyeliminowało taką możliwość, a o wspólnym zdjęciu z Adamem Małyszem mogłem pomarzyć.

            Niespiesznym krokiem przechadzając się wokół stadionu, mogłem z bliska zobaczyć rajdowe auta, które tylko kształtem nadwozia przypominały swoje drogowe odpowiedniki. Wśród nich wyczynowe Renault Clio, które może nie robiło piorunującego wrażenia, ale dwie godziny później, na stadionowym torze, odstawiło większe i mocniejsze samochody, wygrywając wyścig.

clio

          
             Wśród wyścigówek, każda zasługiwała na uznanie, ale te przy których moim zdaniem, warto było zatrzymać się na dłuższą chwilę był Mercedes SLS GT3, mistrzowski bolid zespołu Red Bull, którym w ubiegłym roku jeździł Sebastian Vettel i Daniel Ricardo oraz samochód, który wygrał ostatnią edycję wyścigu Le Mans – srebrne, oklejone logami sponsorów i pod każdym względem nowatorskie i futurystyczne Audi R18 E-Tron. Jego kabina miała więcej wspólnego z kapsułą, w której Neil Armstrong wraz z kolegami podróżowali na Księżyc, albo batyskafem naukowców badających oceaniczne głębiny niż wnętrzem auta. Każdy właściciel Malucha powinien chociaż na chwilę zasiąść w kokpicie tego Audi, aby przekonać się, jakim obszernym wozem dysponuje. Niestety tego dnia dostęp był zagrodzony, ale możecie mi wierzyć, że gdyby ktoś zaproponował mi zajęcie miejsca za kierownicą, nie wahałbym się ani chwili.

merc
le mans

             Kawałek dalej stały stare, militarne wozy. Kto wie, być może któreś z tych pomalowanych na oliwkowozielony lub czarny kolor wehikułów pamięta odgłosy wybuchów i świszczących naokoło kul, albo czasy lądowania w Normandii, tak jak stojący trochę na uboczu, niepozorny Jeep Willys. Jeszcze dalej stały auta uznawane za klasyki. Wśród nich stare Mercedesy, BMW i przedstawiciel nieistniejącej już marki Austin – Healey.

jeep
             O godzinie 18 otwarte zostały bramy Stadionu Narodowego. Na płycie rozświetlonego, biało – czerwonego stadionu znajdował się piaskowy, ciasny i kręty tor, urozmaicony dodatkowo usypanymi górkami, służącymi do oddawania efektownych i zachwycających publikę wyskoków. Z góry całość wyglądała jak ogromna piaskownica na której jednak nie pojawią się chłopcy z zabawkowymi samochodzikami, wiaderkami i łopatkami, ale znakomici sportowcy dysponujący niejednokrotnie kilkusetkonnymi autami. Piachu było tyle, że zanim usiadłem, musiałem zetrzeć jego cienką warstwę ze swojego krzesełka, a siedziałem dosyć wysoko. W ciągu godziny prawie wszystkie miejscówki, motoryzacyjnej tego wieczoru areny, zostały zajęte przez żądnych wrażeń widzów.

tor

             O godzinie 19 wjechały pierwsze samochody. Zaprezentowane w akcji zostały m.in. rajdowe auta, kosiarki przerobione na małe, przypominające gokarty, wyścigówki, rajdowe Maluchy i terenowe Polonezy. W czasie pierwszej godziny odbyło się kilka wyścigów, ale przyznam, że było też trochę rozczarowań. Kilka prezentacji aut polegało po prostu na tym, ze jeździły one leniwym tempem wokół toru jakby nie mogąc się zdecydować, którym wyjazdem opuścić płytę stadionu. Inny przykład to inscenizacja policyjnego pościgu, który polegał na tym, że przez kilka minut w jednym rządku jechał „uciekający” samochód i trzy radiowozy, których syrena była zagłuszana przez dudniącą z głośników muzykę. Pierwszą godzinę tego wieczoru prowadził jakiś prezenter z radia ESKA o pseudonimie „Jankes”. W żadnym wypadku nie uważam się w tej dziedzinie za eksperta, ale konferansjerka tego człowieka, który od czasu do czasu wypowiadał niezbyt inteligentne zdania, nie przypadła mi do gustu. Podobnie zresztą jak krótkie scenki, odgrywane co jakiś czas w przerwach, przez Paolo Cozzę i Kevina Aistona. Szanuję ich jako estradowców, ale ich teksty były na tyle słabe, że przypuszczam, iż w ich przygotowaniu mógł mieć udział sam Karol Strasburger.

            Krótko po 20 rozpoczęła się najbardziej emocjonująca cześć wydarzenia, czyli Bitwa Mistrzów. Składała się ona z siedmiu wyścigów, w których rywalizowali ze sobą zawodnicy reprezentujący Polskę i Resztę Świata. W Polskiej drużynie nie zabrakło uznanych kierowców jak Jacek Czachor, Kuba Przygoński, Jarosław Hampel czy Leszek Kuzaj. Skład zagranicznych gości też nie był słaby. Takie nazwiska jak Markus Gronholm, Carlos Sainz albo Marc Coma mówią same za siebie. Komentarzem zajął się Tomasz Zimoch, człowiek, który wypowiadając do mikrofonu zdania, sprawia, że człowiek czuje się lepiej. W komentarzu umiejętnie łączył on wydarzenia na stadionie z tym co równolegle działo się w Katowicach podczas siatkarskiego meczu Polaków. Dużo przyjemniej słuchało się Zimocha, niż kolejnych konferansjerów, którymi byli Marcin Prokop i Agnieszka Szulim. Wydaje mi się, że do tej roli lepiej byłoby zaprosić kogoś, kto ma większe obeznanie w sporcie samochodowym.
W zawodach za pierwsze miejsce przyznawano 30 punktów, za drugie 20, trzecie 10, a dalsze miejsca nie były punktowane. Pierwszy był wyścig aut WRC. W pięknym stylu wygrał go Sainz pokazując, że nawet na takim prowizorycznym torze wyścigowym można pokazać ostrą, sportową jazdę i udowadniając, że nie przypadkowo uznawany jest za jednego z najlepszych rajdowców w historii.

dakar 1

           Drugi etap to rywalizacja motocyklistów. Od razu liderem został Kuba Przygoński, który kilka godzin wcześniej driftował na placu przed stadionem, ale z trudem udało mu się utrzymywać swoją pozycję do mety. Walka była zacięta od pierwszego do ostatniego okrążenia i była jednym z najlepszych jeśli nie najlepszym wyścigiem wieczoru. Kolejne rundy to pojedynki quadów, terenowych ciężarówek i aut typu buggy. Polska drużyna systematycznie powiększała swoją przewagę. Najmniej dynamicznym, co nie znaczy, ze nieciekawym, był wyścig ciężarówek. Było też przy nim trochę śmiechu, kiedy jedna z nich kilkukrotnie nie dała rady podjechać pod usypaną górkę. Szósta runda to zmagania terenówek typu cross country w czasie którego Adam Małysz i Rafał Marton zaprezentowali swoje nowe auto. Jest to produkt firmy SMG Buggy i można o nim powiedzieć, że jest czymś w rodzaju terenowego odpowiednika prototypów startujących w Le Mans. Adam musi się jednak jeszcze oswoić z nowym nabytkiem, ponieważ zajął czwarte miejsce, a zwyciężył Czech Miroslav Zapletal.

dakar 2

           Ostatni wyścig to Destruction Race, w którym startowały auta wyglądające jakby wyciągnięte wprost ze złomowiska, ale potrafiące narobić sporo hałasu i bałaganu. W czasie tej rundy zapanował jednak taki chaos, że ostatecznie go nie sklasyfikowano do generalnej punktacji. Drużyna Polaków wygrała z drużyną Reszty Świata przewagą kilkudziesięciu punktów. Udowodnili, że są zawodnikami światowej czołówki, dając jednocześnie widzom sporo zabawy. Tor był wprawdzie ciasny i kręty, nie zawsze dając możliwość ścigania na poważnie, ale mimo to nie brakowało realnej rywalizacji.

dakar 3
W przerwach pomiędzy rundami także sporo się działo. W pamięci utkwiły zwłaszcza skoki na motocyklach oraz skuterach śnieżnych, których jeźdźcy zdawali się nie przejmować prawami fizyki. Małą porażką okazał się pokaz Monster Trucków. Te potężne maszyny są tak głośne, że zanim wjechały na stadion, wyraźnie było czuć drżenie trybun. Huk przelatującego nad głową F-16 byłby przy nich jak brzęczenie samolociku sterowanego radiem. Szkoda, że po jakichś 2 minutach, po oddaniu kilku skoków, w jednym z nich pękła przednia oś, co oznaczało koniec pokazu.

             W chwilach przerwy kilka piosenek zaśpiewał zespół Jamiroquai. Zespół nie porwał publiczności. Gdy trwał ich występ, sporo ludzi opuszczało miejsca, żeby kupić coś do jedzenia, wypicia lub przez chwilę odpocząć od hałasu. Ciężko było mi ocenić czy muzyka była dobra, a to za sprawą kiepskiego nagłośnienia. Niskie częstotliwości było słychać zbyt mocno, a reszta zlewała się w nieforemną, dźwiękową papkę. Także wypowiadających się prowadzących i zawodników niekiedy trudno było zrozumieć. Kiedy ktoś z nich przemawiał, czasem było po prostu słychać coś w rodzaju „błobhmwgmrszgrz”. Jedynie Tomasz Zimoch, który wykazywał się znakomitą dykcją, był dobrze zrozumiały. Prowadzący nie byli źli, ale moim zdaniem nie byli też rewelacyjni. Jak już pisałem, uważam, że lepiej sprawdziłby się ktoś, kto zna się na sporcie, a zwłaszcza sporcie samochodowym. Gorzka refleksja przyszła mi do głowy podczas opuszczania stadionu. Rzucanie papierowych samolotów z wyższych trybun na niższe, walające się resztki jedzenia, wszechobecne śmieci i porozlewane piwo pokazały, że wielu Polaków nadal nie potrafi właściwie zachować się podczas masowych imprez. Na szczęści było też wiele takich osób, które swoją postawa pokazywały, że można dobrze i kulturalnie się bawić.

             Mimo pewnych wad i niedociągnięć, uważam imprezę za udaną i nie żałuję wydania nieco ponad 100 złotych na bilet. Ryk silników, rywalizacja i efektowne pokazy sprawiły, że w myślach długo będę wracał do tego wieczoru. Trzeba przyznać, że w naszym kraju też da się zorganizować motoryzacyjną imprezę na wysokim poziomie jak również uznać fakt, że mamy w sporcie samochodowym coraz większą ilość zawodników prezentujących światową klasę.