Szybkosć, emocje i walka

Gdy oczy sportowego świata zwrócone są ku stadionom w Brazylii, ja wolę być na bieżąco z tym co dzieje się w sporcie samochodowym i wybrać  na tor wyścigowy.



            Niecały rok temu miałem okazję z bliska obserwować wyścigi samochodowe na Torze „Poznań”. Na trasie wyścigowej widziałem wiele interesujących samochodów, od niezbyt mocnych Fiatów Seicento, do potężnych, kilkuset konnych BMW, które zmodyfikowane były tak bardzo, że jedynie wyglądem zewnętrznym przypominały swoich drogowych odpowiedników.  Mimo, że zawody były naprawdę ciekawe, to pamiętam też, że frekwencja wśród kibiców była raczej rozczarowująca. Nie zdziwiłbym się gdyby wtedy 50 % obecnych kibiców było po prostu rodziną lub znajomymi startujących zawodników. To jednak historia z ubiegłego lata.

            W ostatni weekend (13-15.06) w tym samym miejscu odbyło się największe w tym roku wydarzenie na Torze „Poznań”. Były to nie tylko największe tegoroczne wyścigi samochodowe w Poznaniu, ale i w całej Polsce. Ośmieliłbym się stwierdzić, że to jedno z największych wydarzeń związanych z motorsportem w roku 2014 w naszym kraju.  Moja obecność jako fana szybkich samochodów była tam zatem niemalże obowiązkowa. Jakie wyścigi miały miejsce w czasie tego weekendu? Volkswagen Castrol Cup, 4 Runda Wyścigowych Samochodowych Mistrzostw Polski, FIA Circuit Racing Championship, Porsche GT3 Cup, Formuła E2000 oraz długodystansowe wyścigi typu Endurance. Odbywały się tam więc rundy nie tylko krajowych, ale i międzynarodowych serii wyścigowych. Choć liczba reprezentantów naszego kraju była oczywiście największa, nie zabrakło też przedstawicieli z takich krajów jak Czechy, Słowacja, Austria, Włochy, Turcja, Litwa i jeszcze paru innych. Ciekawostką było przybycie Jeffrey’a Krugera – zawodnika pochodzącego z RPA, który w niedzielę wygrał wyścig z cyklu VW Castrol Cup. Nie będę tutaj rozpisywał się na temat rezultatów poszczególnych wyścigów. O nich dowiecie się równie dobrze ze strony Automobilklubu Wielkopolskiego. Chciałbym po prostu przybliżyć Wam atmosferę tego wydarzenia.



            Kiedy sportowy świat kieruje swoją uwagę głównie w stronę kraju słynącego z samby i dżungli (a zwłaszcza w stronę znajdujących się tam boisk piłkarskich) i zastanawia się gdzie podziała się forma Hiszpanów oraz czy Brazylijczycy zdobędą kolejny tytuł, ja wolę skupić się na tym, co dzieje się w sporcie samochodowym. Dlatego w niedzielny poranek, zamiast myśleć o mających odbyć się meczach, wsiadłem do samochodu i żwawym tempem ruszyłem na tor wyścigowy. Gdy dotarłem pod bramy wjazdowe na teren toru, zapłaciłem tradycyjne 10 złotych za wjazd autem. Cena naprawdę niewielka jak na wydarzenie takiej rangi. Na wjeździe pani z ochrony, która przepuszczała wjeżdżających ludzi z początku uznała mnie za jednego ze startujących zawodników. Nietrudno odgadnąć przyczynę. Jest nią wygląd mojego samochodu, który delikatnie wystylizowałem na wyścigówkę.

            Pierwsze co rzuciło mi się w oczy i co mnie pozytywnie zaskoczyło to wypełnione niemal po brzegi miejsca parkingowe. Wystarczyło chwilę się przyjrzeć, aby zobaczyć, że przyjechali tutaj fani wyścigów samochodowych nie tylko z okolic Poznania. Zauważyłem tablice rejestracyjne m.in. z województwa Zachodniopomorskiego, Małopolskiego i paru innych. Zauważyłem też auta z zagranicznymi rejestracjami. W wolnej chwili warto było przejść się pomiędzy parkującymi samochodami, bo po krótkim marszu można było zobaczyć auta z wysokiej półki: Porsche 911, Nissan GTR, Maserati GT. Widziałem nawet produkowane na przełomie lat 80 – tych i 90 - tych Ferrari 348tb. Liczba aut była wprost proporcjonalna do liczby przybyłych tego dnia widzów.  Gdy przyjechałem tutaj poprzednio, ilość kibiców nie należała do oszałamiających. Tego dnia ich liczba była wprawdzie daleka od obserwatorów GP Monako, ale nie było powodów do narzekania. W czasie najciekawszych wyścigów trzeba było mieć sporo szczęścia żeby znaleźć wolne miejsce na trybunach na których zasiadali zarówno małoletni kibice, młodzież, dorośli oraz tacy, którzy młode lata przeżywali wiele wiosen temu.  W każdej chwili można też było skorzystać z bufetu gdzie możliwe było kupienie czegoś do zjedzenia lub wypicia.



            Każda z odbywających się tego dnia torowych rywalizacji to szybkość, bezpośrednie pojedynki, wspaniałe dźwięki wydobywające się z mocnych silników, kraksy oraz emocje udzielające się zawodnikom oraz kibicom. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiły wyścigi z cyklu Volkswagen Castrol Cup oraz aut z najmocniejszej klasy o pojemności silnika powyżej 3500 ccm. Zmagania aut niemieckiej marki to zaciętą walka w czołówce od startu do finiszu. Wśród startujących w tej serii zawodników był człowiek, który w 2005 po finale piłkarskiej Ligi Mistrzów został okrzyknięty autorem nowego stylu tanecznego oraz uznanym jednym z najlepszych bramkarzy na świecie. Tak, chodzi o Jerzego Dudka, który w tę ciepłą i słoneczną niedzielę zajął na liczącym ponad cztery kilometry długości poznańskim torze wyścigowym, dziewiętnaste miejsce. Nieco gorszy wynik w porównaniu z osiągniętą poprzedniego dnia niezłą 11 pozycją.  Kilka chwil po tym wyścigu, na trasę wyjechały najszybsze tego dnia auta. Wśród nich takie, których wygląd można uznać za zobrazowanie pojęcia „prędkość”. Mercedes SLS GT3, Porsche 911 w wersji wyścigowej, BMW Alpinie oraz rzadko spotykany amerykański Saleen S7R. Hałas i moc były tak duże, że gdy przejeżdżała grupa tych aut, wyraźnie było czuć drżenie podłoża niczym na kilka minut przed potężnym trzęsieniem ziemi. Rywalizacja była ostra. Już po jednym czy dwóch okrążeniach wydarzyła się kraksa po której na tor musiał wyjechać safety car. Nikomu jednak nic się nie stało. Miałem okazję obserwować wyścig blisko najszybszego miejsca na torze. Moim zdaniem, oceniając na oko, najszybsi mogli rozwijać tam predkosć nawet 250 km/h. 

            Zaletą poznańskich zawodów jest możliwość wybrania się na zaplecze toru i do strefy w której pracują mechanicy. Swobodnie można podejść blisko boksów i, pod warunkiem że nie będzie się przeszkadzać, obserwować przygotowania do wyjazdu na tor. W sumie to nawet nie wiem czy wolno było tam wejść kibicom. W każdym razie nikt mnie, jak i grupy innych osób, nie zatrzymywał. To coś niecodziennego móc podejść i obejrzeć z bliska, a nawet zajrzeć do środka prawdziwych wyścigowych samochodów. Na karoserii wielu z nich widniały blizny po torowych starciach. Była też okazja aby na własne oczy zobaczyć jak zniszczone mogą być opony po wyścigu. 



Gdy tak się przechadzałem i już powoli miałem wracać do domu, natknąłem się na Jerzego Dudka. Głupio byłoby nie skorzystać z okazji i nie zamienić chociaż paru zdań z jednym z najlepszych polskich bramkarzy, pomyślałem. Opowiedział mi o wyposażeniu swojego wyścigowego Volkswagena, zawieszeniu, klatce bezpieczeństwa, kubełkowych fotelach itd, wyjaśniając na czym polegają podstawowe różnice pomiędzy wersją wyścigową, a taką jaką możemy ujrzeć na zwyczajnych ulicach. Wiele osób myśli, że jazda takim samochodem jest pewnie niełatwym zadaniem. Nie według byłego reprezentanta Polski. Po przyzwyczajeniu się do samochodu każdy kto potrafi jeździć samochodem, byłby w stanie lepiej lub gorzej, poradzić sobie za kierownicą takiego wyścigowego Golfa. Chciałbym mieć możliwość osobistego zbadania tej teorii. Dowiedziałem się też, że Dudek, trochę jak Adam Małysz, po zakończeniu piłkarskiej kariery bardziej na poważnie zajął się sportem samochodowym. W ubiegłym roku bowiem startował jedynie jako zaproszony gość. Spodobało mu się jednak na tyle, że od tego sezonu uczestniczy jako pełnoprawny zawodnik we wszystkich zawodach w kalendarzu. Naturalnym było więc, że zadałem pytanie w której z dyscyplin czuje się lepiej. Oczywiście porównanie wychodzi  na korzyść piłki nożnej, ale powiem szczerze,  że właśnie takiej odpowiedzi się spodziewałem po tym sympatycznym i utytułowanym sportowcu. Życzyłem powodzenia w kolejnych sezonowych startach po czym udałem się w drogę powrotną do domu.

Takie wyścigi samochodowe jakie odbywały się w miniony weekend na torze w Poznaniu to sportowa impreza na którą warto się wybrać. Śmiało mogę ją polecić zarówno fanom motoryzacji, ale i całym rodzinom, które szukają ciekawego pomysłu na spędzenie wolnego dnia. Wspaniałe samochody, piękna pogoda, ryk silników i co najważniejsze, bezpiecznie. Oby takich wydarzeń było w Polsce jak najwięcej.



                                                                                                          18.06.2014

Zdjecia:
www.tptd.pl
www.motorsport.v10.pl
www.motoryzacja.interia.pl

           
 

Sportowa Praga - 20 Prague International Marathon

11 maja w czeskiej Pradze odbył się 20 Prague International Marathon. Przybyli na niego sportowcy z całego świata. Wśród nich znalazł się Mateusz Fabiszak.



           Wszystko zaczyna się od dobrego pomysłu

           W swoim życiu przeczytałem sporo książek opisujących przygody i wyczyny różnych podróżników, wyczynowców i sportowców. Żeby wymienić choć kilka – czytałem m.in. opis wypraw Marka Kamińskiego na bieguny, opowieść Eda Stafforda, który jako pierwszy człowiek przeszedł wzdłuż Amazonki, od jej źródła do ujścia do Atlantyku czy publikacje napisaną przez znanego wśród biegaczy Scota Jurka, człowieka, który za jednym zamachem jest w stanie przebiec odległość kilkukrotnie większą niż ta, która dla większości ludzi skończyłaby się pęcherzami i tygodniowym bólem nóg.

Każdy z nich reprezentuje to grono osób, które pomału, aczkolwiek nieustannie, zdaje się coraz bardziej kontrastować na tle większości osób w krajach cywilizacji zachodniej. Reprezentują oni ludzi ambitnych, niebojących się wysokich wymagań i nie dążących za wszelką cenę do jak najwygodniejszego i bogatego stylu życia. Mają za to na koncie osiągnięcia, które znaczą wiele więcej niż nowocześnie wyposażony dom, srebrne Audi na podjeździe czy tak zwana społeczna reputacja i pusty prestiż, którego wyznacznikami są dobre ubrania, szerokie grono znajomych czy najnowszy model dotykowego telefonu. Zanim jednak osiągnęli cele, które sobie wyznaczyli, musieli niejednokrotnie zmierzyć się z różnymi przeciwnościami jakie spotykały ich po drodze. Przygotowania, załatwienia wszelkich niezbędnych formalności, transport sprzętu – wszystko to generowało przeszkody od których nieraz przychodziło im na myśl, że być może lepiej sobie odpuścić.


Podobnie było w przypadku celu jaki postawiłem przed sobą w mojej skromnej, sportowej karierze. Było nim pokonanie na własnych nogach 42 kilometrów i 195 metrów ulicami stolicy Czech – Pragi. Jest to jeden z najbardziej znanych i prestiżowych maratonów w Europie, a może nawet i na świecie.  Nie wiem dokładnie kiedy pomysł ten przyszedł mi do głowy. Pamiętam jak ponad rok temu po poznańskim półmaratonie siedziałem z kolegami i podczas luźnej rozmowy przy piwie zaproponowałem żeby w przyszłym roku zebrać się w kilka osób z naszego Klubu Maratończyka i wybrać na wspomniany maraton. W tym momencie jakoś nikt nie zamierzał przyłączyć się do tego przedsięwzięcia i chyba nikt nie potraktował go poważnie. Jeden z kolegów zażartował nawet: „Mateusz, najpierw Praga, potem Londyn, Nowy Jork…”. W żadnym wypadku nie poczułem się tym żartem obrażony, a nawet sam się z niego śmiałem, ale pomyślałem sobie wtedy – żebyście się nie zdziwili. Przykład ten obrazuje jednak pewną tendencję, że aby osiągnąć coś nietuzinkowego trzeba często podążać własną drogą nie oglądając się na to co robią lub myślą inni.


           Przygotowania i organizacja
 
Po podjęciu decyzji trzeba było zająć się stopniowym wdrażaniem swojej wizji w życie. Wymagało to przemyśleń i spokojnego zaplanowania takich kwestii jak sposób dotarcia na miejsce, rezerwacja noclegu, znalezienie kogoś chętnego kto także chciałby wybrać się do naszych południowych sąsiadów itd. Miałem obawy co do tego, czy znajdzie się ktoś, kto chciałby podjąć takie wyzwanie. Praga to jednak miejsce dość oddalone od własnego podwórka, poza tym koszt wpisowego to dla większości ludzi w naszym kraju wyraźnie widoczny ubytek wagi portfela. Jednak już wkrótce chęć startu zgłosił mój dobry kolega z klubu – Piotr. Co więcej, kilka tygodni później zgłosił się także Krzysztof – biegacz, amator górskiej wspinaczki i spędzania czasu na wolnym powietrzu oraz student Poznańskiej Politechniki. Krzysztofa nigdy wcześniej z Piotrem nie było dane nam poznać. Dlatego postanowiliśmy spotkać się nad Jeziorem Maltańskim, aby zawrzeć znajomość i odbyć wspólny, godzinny trening.

Był ciepły, wiosenny poranek kiedy wysiadłem ze swojego samochodu i rozejrzałem się po skąpanej w łagodnym świetle słońca okolicy. Szybko przebrałem się w sportowy strój i ruszyłem na spotkanie z kolegami. Przyznam, że są tacy ludzie z którymi nie mam pojęcia w jaki sposób mogę prowadzić rozmowę. Nie mamy wspólnych tematów, ani języka i czuje się nieco bezradnie nie bardzo wiedząc o czym z nimi pogadać. Może wynika to z faktu, że z natury ja sam nie jestem wielce rozmowny?  Czasami jednak niemal od razu jestem w stanie dobrze się z kimś dogadywać. Tak też było tego dnia.  Muszę przyznać, że już po kilku zdaniach zamienionych z Krzychem, byłem przekonany, że to równy gość, który będzie dobrym kompanem na tę wyprawę. Dodam od razu, że przy moich kolegach jestem też dość, powiedziałbym, wyluzowanym biegaczem. Piotr i Krzysztof to ludzie, którzy maraton są w stanie przebiec w czasie poniżej 4 godzin. Uczciwie przyznam, że moje maratońskie możliwości to czas w granicach 5 godzin, półmaratońskie to 2 godziny. Nigdy też nie zaprzątam sobie głowy takimi sprawami jak rekordy i życiówki. Nie planowałem również i nie planuję zakupu takich akcesoriów jak pulsometr czy sportowy zegarek.
Wracając do tematu, nie wszystko jednak szło tak gładko jakby się tego chciało. Ponieważ maraton miał odbyć się 11 maja w niedzielę, postanowiliśmy wyruszyć już 9 maja. Chcieliśmy mieć przed tym światowej rangi sportowym wydarzeniem choć trochę czasu na zwiedzenie tego miasta znanego z Hradczanów, Mostu Karola, Franza Kafki i znajdującego się w centrum ogromnego sklepu z zabawkami, który o dziwo nie przyciąga tylko tych mających poniżej 1,50m wzrostu, ale także tych, którzy dowód osobisty otrzymali już dość dawno temu. Tymczasem gdy było już po czasie kiedy wysyłaliśmy swoje zgłoszenia dowiedziałem się, że akurat 10 maja zaplanowane jest na moich studiach absolutorium. Długo miotałem się z tym jaką podjąć decyzję niczym piłka latająca w maszynie losującej podczas wieczornego programu Lotto. Absolutorium jest, myślę, rzeczą ważną nawet, jeśli nigdy nie należało się do grona studenckiej elity. Nie czuje się jednak dobrze w sytuacji, w których muszę rezygnować z czegoś, co już wcześniej miałem zaplanowane. Poza tym głupio było mi zostawiać kolegów na lodzie. Czasami słyszy się, że ktoś mówi, że tak naprawdę nie ma sytuacji bez wyjścia. To rzeczywiście prawda. Niezależnie od tego jak ciężka zdawałaby się sytuacja, zawsze jest rozwiązanie, które prowadzi w stronę lepszych dni. Tak było i w tym przypadku. Uważnie zacząłem śledzić rozkład jazdy i odkryłem, że w sobotę jest połączenie o 12:45. Spokojnie zdążyłbym pójść na absolutorium, zapozować do kilku pamiątkowych fotek. a w dodatku wrócić do domu, chwilę odpocząć, zjeść cos dobrego i dopiero ruszyć w drogę. Pakiet startowy, po napisaniu upoważnienia, mógł odebrać Piotr. To jednak nie był koniec kłopotów.
Mniej więcej miesiąc przed zawodami Piotr startował w maratonie w Dębnie. Szło mu bardzo dobrze, jednak po 20 kilometrze zaczęła boleć go noga. Widocznie jakaś kontuzja, tak pomyślałaby zdecydowana większość ludzi. Mało kto spodziewałby się, że ten początkowo niezbyt silny, ale wzmagający się ból to oznaka złamania zmęczeniowego. Na 38 kilometrze musiał poprosić o zdjęcie z trasy. Skutek to tygodnie spędzone we własnym domu z nogą najpierw w gipsie, później w ortezie i nieunikniona, ale konieczna rehabilitacja. Niejednokrotnie odwiedzam Piotra i cieszy mnie, że zachowuje optymizm i już teraz myśli o kolejnych startach, które przyjdą jednak nie prędzej niż w sezonie jesiennym. Ważne, żeby nie uległ niepotrzebnemu pośpiechowi i pamiętał o tym, aby zachowywać umiar. Zakładam jednak, że przed nim jeszcze sporo udanych startów i emocjonujących finiszów.
To było też powodem zmiany rezerwacji noclegu, na szczęście czescy dominikanie, którzy prowadzili hostel nie robili żadnych problemów. Z miejsca Piotra skorzystał mój długoletni kolega Paweł. Nie jest wprawdzie biegaczem i pojechał z nami towarzysko, niemniej także jest wysportowanym człowiekiem, jak na studenta AWF-u przystało. Bardziej preferuje jednak sporty siłowe.
 Gorzej, że okazało się, że od tego roku nie wystarcza napisanie zwyczajnego upoważnienia, by ktoś inny mógł odebrać pakiet startowy. Upoważnienie, ze względów bezpieczeństwa jak tłumaczą organizatorzy, musiało być potwierdzone przez notariusza. Przyznam, że brzmi to tak śmiertelnie poważnie, że staje się groteskowym zarazem. Chodzi tutaj przecież o taką prostą czynność jak bieg, a nie przekazanie na biurko Obamy poufnych dokumentów zawierających zdjęcia szpiegowskie wojsk Władimira Władimirowicza Putina. Byłem trochę zawiedziony. Wystawienie czegokolwiek przez notariusza to przecież niemałe koszty. Tak przynajmniej podejrzewałem. Zastanawiałem się co zrobić. Może wydrukować sobie wierną kopię numeru startowego i skorzystać z niej zamiast z oryginału? Jedyny mankament to fakt, że nie zostałbym oficjalnie sklasyfikowany. Dałoby się jednak to przeżyć, nie roniłbym z tego powodu krokodylich łez. Jednak tydzień przed biegiem siedząc przy komputerze, przyszło mi do głowy aby sprawdzić ile może kosztować wystawienie takiego zaświadczenia. Gdy zobaczyłem cenę zaledwie 30 złotych poczułem się jak pilot samolotu, który pikuje w kierunku ziemi i któremu w ostatniej chwili udaje się ustabilizować lot i uniknąć zderzenia… no na przykład z drzewem. Jak najprędzej załatwiłem wszelkie niezbędne formalności i przyznam, że poczułem niemałą ulgę. Przekazałem upoważnienie wokół którego było tyle zamieszania Krzysztofowi i jedyne co mi zostało to w sobotę wyruszyć ku stolicy Czech.

                                         

 Podróż i wrażenia ze stolicy

Jako nasz środek transportu wybraliśmy coraz popularniejszą firmę przewozową – Polski Bus. Niech nikt nie podejrzewa mnie o sprytnie ukrytą kryptoreklamę, ale śmiało mogę polecić tę formę podróży. Tanio i wygodnie. Co prawda w autobusach tych nie podają kieliszków szampana, a fotele nie mają funkcji masażu ani wbudowanych w oparcia telewizorków na których można by obejrzeć filmy albo głupawe programy rozrywkowe, nie znalazłem jednak powodów do narzekania. Fotele w tym pomalowanym na czerwono i nowoczesnym autobusie są wprawdzie ustawione nieco zbyt ciasno, ale siedziało się na nich wygodnie, można było rozłożyć nieco oparcie i – co ważne – dla bezpieczeństwa można było przypiąć się pasami. Z tego co widziałem zrobili to jednak nieliczni. W razie poważnego wypadku fruwaliby po autokarze jak klocki LEGO w worku niesionym przez siedmiolatka. Był jednak jeden poważny mankament. Autobusowa toaleta. Była tak ciasna, że kapsułę w której Neil Armstrong wraz z kolegami lecieli na Księżyc, można by uznać za apartament księcia Monako. Ktoś o rozmiarach Sylwestra Stallone’a, gdyby w czasie podróży odczuł silną potrzebę, miałby naprawdę poważny problem i byłby zmuszony nerwowo przebierać nogami. Autobus, choć zarejestrowany w Polsce, miał naprawdę międzynarodową zawartość. Byli tam Polacy, Czesi, słyszałem też język niemiecki. Bardzo liczną grupę stanowili ludzie, których rysy twarzy i kształt oczu wyraźnie zdradzały azjatyckie pochodzenie. Bardzo łatwo było rozpoznać niektórych Polaków. Gdy zauważyło się osobę w której ręku swobodnie trzymana była butelka lub puszka o wiadomej, posiadającej określoną wartość procentową zawartości, niemal na pewno można było założyć, że oto widzimy przedstawiciela kraju nad Wisłą.

Po ośmiogodzinnej podróży, późną porą wysiedliśmy z autobusu, a nasze stopy spoczęły na skąpanej akurat w strugach deszczu Pradze. Duże miasta, dla osób które są w nich po raz pierwszy i nie znają ich układu, są  sporym wyzwaniem. Od dworca autobusowego do hostelu mieliśmy nie więcej niż dwa kilometry, toteż postanowiliśmy przebyć ten dystans na piechotę. Choć wydawało się to niedaleko, droga zajęła nam godzinę ponieważ zgubiliśmy się. Gdyby pogoda była dobra i przyjechalibyśmy za dnia, odnaleźlibyśmy drogę dużo szybciej. Jako świeży absolwent studiów geograficznych, na podstawie położenia słońca niemal natychmiast odgadłbym podstawowe kierunki co wiele by uprościło.   Nie pomagały także czeskie nazwy. Choć to język podobny do polskiego, to ja rozumiem go w niewielkim stopniu. Znam tylko parę zwrotów, których nauczyłem się, aby zdobyć sobie przychylność tutejszych mieszkańców.
W końcu dotarliśmy pod hostel położony tuż obok należącego do praskich dominikanów kościoła św Idziego. Na miejscu spotkaliśmy się z Krzychem będącym tu już od piątku, który poprowadził nas przez labirynt klasztornych korytarzy do naszego 3-osobowego pokoju. Bardzo podobała mi się panująca wewnątrz budynku atmosfera. Wystarczyło przekroczyć próg aby z imprezowej i przepełnionej turystami głośnej metropolii przejść do cichego i spokojnego świata sprzyjającego relaksowi, koncentracji i skupieniu myśli. Na koniec dnia wyszliśmy jeszcze na krótki spacer, wypiliśmy po jednym piwie i około północy poszliśmy spać aby mieć siły na jutrzejszy, wymagający bieg.

Stolica Czech bez wątpienia zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Imponujące budowle, znane na całym świecie zabytki i mające swój niepowtarzalny klimat uliczki są być może codziennością dla tutejszych mieszkańców. My jednak nie przechodziliśmy obok nich obojętnie. Podoba mi się także uprzejmość tutejszych ludzi, którzy chętnie udzielali niezbędnych informacji posługując się całkiem dobrze językiem angielskim. Nie trzeba długiej wizyty w tym mieście, aby stwierdzić, że stoi ono na wysokim poziomie. Zadbane kamienice, drogi na których próżno szukać dziur i wyrw oraz, co mnie oczywiście bardzo ucieszyło, wiele wspaniałych samochodów. Podczas trzydniowego pobytu codziennie widziałem takie auta jak Bentley, Porsche 911, Jaguar czy Ferrari 458. Także gdy popatrzeć na przeciętne samochody widać, że mimo wszystko są to auta z wyższej półki. Nie wiem jak to wygląda w innych rejonach Czech, ale tu ludziom powodzi się wyraźnie lepiej niż w Polsce.
Nie wszystko jednak jest tutaj tak piękne i wzniosłe. Spacerując po Pradze zauważyłem, że jest tam też trochę miejsc zaniedbanych, brudnych, a nawet śmierdzących pewna żółtą cieczą produkowaną przez organizm. Miejsc, w których zdecydowanie nie chciałbym zamieszkać wiedząc, że za oknem będę widział szare budynki, szare ulice i szarych ludzi. Idąc wieczorem ulicami centrum miasta widziałem wiele osób, które przyjechały tu chcąc zobaczyć ciekawe miejsca, poznać kulturę i w niejednym przypadku pobiec także w niedzielnym biegu. Oprócz nich było tam także wielu ludzi, którzy przybyli po to aby się upić, poimprezować i nawdychać jakiegoś podejrzanego zielska. Kroczący chwiejnym krokiem młodzieńcy, którym towarzystwa, zamiast jakiejś ładnej damy, dotrzymywała butelka wódki, albo znajdujące się w stanie co najmniej lekko rozmiękczonym i coś tam pokrzykujące grupy dziewczyn, nie były rzadkim widokiem. Czymś godnym pożałowania był też dla mnie widok znajdujących się w centrum sklepów gdzie legalnie można było kupić narkotyki, albo klubów których atrakcją nie była dobra muzyka, ale dość symbolicznie (albo nawet wcale, nie wiem, nie bywam w takich miejscach) ubrane panie. Zauważyłem także wielu bezdomnych. Odniosłem wrażenie, że Praga, mimo mojego podziwu dla tego miejsca, potrzebuje srogiego bata by otrząsnąć się z tej demoralizacji. Niestety, ale przechadzając się wieczorową porą w okolicach poznańskiego Starego Rynku, widzę, że u nas powoli zmierza to w podobnym kierunku.

                          

 11.05.2014 - dzień startu

Nadszedł dzień zawodów. Tuż po godzinie 7 zabrzmiał budzik, który oznajmiał, że czas przygotować się do startu, który miał odbyć się już za niecałe dwie godziny na praskim rynku, gdzie pomiędzy zabytkowymi kamienicami unosi się duch historii i wieloletniej czeskiej tradycji. Nasza kwatera miała tę zaletę, że znajdowała się jakieś 400 metrów od rynku więc nie musieliśmy korzystać z depozytu. Po lekkim śniadaniu oraz przebraniu w sportowe stroje, pełni optymizmu ruszyliśmy na start. Ja oczywiście założyłem koszulkę Klubu Maratończyka VLO do której specjalnie na tę okazję dodałem polską flagę.

                                 Mateusz i Krzysztof na kilka chwil przed startem


Gdy tylko dotarliśmy na miejsce od razu udzieliła nam się atmosfera światowych zawodów. Wystarczyło rozejrzeć się dokoła aby dostrzec najrozmaitsze nacje. Urodziwe Czeszki i sympatyczni Czesi, Amerykanie, Francuzi, drobnej budowy Azjaci, Brytyjczycy i Australijczycy, wielu Polaków, a przy samej linii startowej  liczna grupa reprezentantów krajów afrykańskich. Jak na zawody takiej rangi przystało, startowało wiele tysięcy ludzi. Nic dziwnego więc, że od strzału startera do faktycznego przekroczenia linii startu minęło w moim przypadku aż 12 minut. Początkowo trasa biegła przez ulicę ścisłego centrum. Mijaliśmy wiele zabytków, ale przyznam, że w tym momencie niezbyt zaprzątałem sobie nimi głowę.  Następnie przebiegliśmy przez słynny Most Karola, potem przez jakiś inny most, a następnie nieco oddaliliśmy się od centrum. To dobrze ponieważ podczas biegu lubię znajdować się na otwartej przestrzeni gdzie wentylacja otoczenia jest zdecydowanie lepsza niż pomiędzy wąskimi ulicami miasta. Trasa była dość falista, co dla niektórych zwłaszcza pod koniec trasy, gdy mięśnie nóg miały zdecydowanie mniejszą ochotę na współpracę, było pewnym utrudnieniem. Pewnym mankamentem była kostka brukowa, która stanowiła nawierzchnię niemałych części trasy. Mnie jednak to nie przeszkadzało i nie podpisuje się pod narzekaniami osób, którym nie podobają się takie fragmenty tras biegowych. Punkty żywieniowe, zwane przeze mnie pit stopami, rozlokowane były częściej niż co 5 kilometrów. Dlatego zdecydowałem się na korzystanie jedynie z co drugiego. Na ich wyposażeniu znajdowały się woda, lurowaty izotonik z którego skorzystałem tylko raz, banany, pomarańcze i cukier. Czy  było tego więcej nie zauważyłem. Być może resztę produktów zwinęli szybsi ode mnie. Spora część trasy biegła wzdłuż terenów zielonych. To było dobre dla tych, którzy nie chcieli korzystać z niezbyt schludnych przenośnych toalet. Być może tylko mi się wydawało, ale jedne pan produkt filtracji nerek usunął wprost do akurat płynącej poniżej Wełtawy.
Na trasie spotkałem niejednego rodaka. Pewna pani zdawała się być trochę zszokowana moim dość swobodnym podejściem do maratonu. Kilkukrotnie przestrzegała mnie przed zbyt szybkim tempem gdyż według niej biegłem zbyt ostro. Była też chyba zdziwiona, że na ręce nie mam żadnego sportowego, wyposażonego w co najmniej milion funkcji czasomierzu, a jedynie zwykły, prosty zegarek ze wskazówkami, który mam od czasów Pierwszej Komunii i który towarzyszy mi podczas treningów i na każdych zawodach. Oczywiście cierpliwie jej wysłuchałem, ale absolutnie nie miałem zamiaru słuchać jej rad i podejrzewam, że gdybym tak zrobił, mój czas byłby słabszy.  Mile wspominam spotkanie z pewną dziewczyną z klubu Altom Gniezno jakie miało miejsce mniej więcej w połowie dystansu. Zamieniliśmy parę sympatycznych zdań i wzajemnie zmotywowaliśmy , co nie było bez znaczenia przed drugą połową. Takich spotkań z drugim człowiekiem próżno szukać wśród biegnących w czołówce. Właśnie im dalej w stawce, tym więcej rozmów i wzajemnego dopingowania.

                           
Po dystansie półmaratonu czułem się świeżo i jedynie lekko zmęczony. Dobrze, że deszcz który przed chwilą padał, szybko się skończył,  a nad Pragą zaświeciło słońce, które niejednego zawodnika solidnie tego dnia opaliło.  Cały czas konsekwentnie realizowałem swoją strategię. Zakładała ona bieg bardzo spokojnym tempem przez 30 kilometrów, a następnie przejście do marszobiegu systemem 2 minuty biegu na 1 minutę marszu. Okazała się ona słuszna. Choć po słynnej maratońskiej 30-stce, kiedy wielu sportowców dopada zmęczenie, kolejne kilometry zdawały mi się coraz bardziej dłużyć, nadal czułem się zaskakująco dobrze, oczywiście jak na kogoś kto na własnych nogach pokonał ponad 30 kilometrów. Wtedy też stała się rzecz niezwykła. Było to coś tak niesłychanego jak awaryjne lądowanie samolotu pasażerskiego na rzece Hudson w Nowym Jorku w roku 2009. Otóż wyprzedziłem czarnoskórego zawodnika! Nie przypominał on jednak jednego z drobnych i szczupłych Kenijczyków, ale swoją posturą bardziej pasowałby do teledysku amerykańskich raperów. Mimo tego „wyczynu” koło czterdziestego kilometra musiałem jednak przejść nieco dłuższy kawałek niż jedna minuta. Chwilę później dogoniła mnie para sympatycznych Czechów – Aneta i Tom – tak mieli na imię. Tom powiedział do mnie po polsku „Dalej, jesteś Klub Maratończyka!?” i zachęcił by wykrzesać z siebie jeszcze trochę siły. Wspólnie z nimi przebyłem ostatni kilometr. Przebywszy ostatnią prostą, wypełnioną modnymi sklepami ulicę Paryską, z czasem 4 godzin 56 minut i 39 sekund dotarłem do mety. Dla mnie Prague International Maraton 2014 był zakończony.


          Zastrzyk pozytywnej energii

Wbrew pozorom nie chcę nikogo zachęcać do biegania. Do sportu, owszem, ale uważam, że każdy powinien znaleźć dla siebie taką dyscyplinę w której dobrze się czuje. Chciałbym żeby ludzie czytając moje relacje, słuchając sportowych opowieści i patrząc na to co robię, otrzymali zastrzyk pozytywnej energii. Żeby pomyśleli sobie, że i oni mogą dokonywać różnych nieprzeciętnych osiągnięć. Nie tylko jeśli chodzi o bieganie i sport. Mam nadzieję, że tak właśnie się stanie.


P.S: Świetnym rezultatem pochwalić może się Krzysztof. Jego czas to 3:32:33.

Dyskutanci

W wieczornych programach publicystycznych niemal zawsze dochodzi do kłótni i słownych przepychanek. Jeszcze niedawno nie wiedziałem, że sam znajdę się w podobnej sytuacji.


Niemal każdego dnia wieczorem kiedy minęła już pora o której dzieci oglądają telewizyjne wieczorynki, rodziny zasiadają do kolacji, a studenci kierują swoje kroki w kierunku pubów, w informacyjnych kanałach telewizyjnych rozpoczynają się debaty na których osoby nazywane politykami i wszelakiej maści ekspertami od czegoś tam, nieudolnie próbują przekonać zwykłych ludzi do swoich racji. Niemal każdego dnia  owe debaty telewizyjne kończą się kłótniami i przepychankami słownymi w czasie których uczestnicy jak mantrę powtarzają zdania: „Ale ja panu nie przerywałem”, „Niechże pan da już spokój”, „Proszę dać mi dokończyć”, „...tymczasem nasza partia…” itp. Debaty te do niczego konkretnego nie prowadzą. Co najwyżej do wydania części pensji prowadzącej pani redaktor lub pana redaktora na środki uspokajające.

            Piszę o tym dlatego, że jeszcze ponad tydzień temu w ogóle nie spodziewałem się, że już wkrótce ja sam będę świadkiem takiej sytuacji. W odróżnieniu jednak od większości ludzi nie obserwowałem tego na płaskim ekranie telewizora lub monitora komputerowego, ale byłem naocznym świadkiem, a można także powiedzieć, że i uczestnikiem  tego typu wydarzenia. Na szczęście nie musiałem też udać się po wszystkim do apteki żeby zaopatrzyć się w zestaw melisy. Nie znajdowałem się jednak, choć byłoby to ciekawe doświadczenie, w warszawskim studiu telewizyjnym na Woronicza 17. Było to znacznie mniej doniosłe wydarzenie niż pokazanie swojej twarzy przed kamerami rozmieszczonymi w różnych punktach studia. Nazwa wydarzenia: „Spotkanie na temat koncepcji zmian w ruchu pl. Wolności i ul. 27 Grudnia” też nie brzmi raczej zbyt dostojnie.  Mimo tego pojawiłem się na tym spotkaniu. Nie jest ważne w jakim celu tam przyszedłem. Ważne, co udało mi się zaobserwować.

            Było przyjemne marcowe popołudnie kiedy udałem się w kierunku jednego z bardziej znanych poznańskich teatrów, którego reputacja od jakiegoś czasu jednak maleje. Właśnie tam w jednym z jego podziemnych pomieszczeń miało odbyć się wspomniane spotkanie, które było otwarte dla każdego kto tylko miał ochotę zaszczycić swoją obecnością pozostałych uczestników. Zszedłszy w dół i przekraczając próg szklanych drzwi znalazłem się w zespole kilku pozbawionych okien i nieco ciemnych ale nie mrocznych pomieszczeń. Mimo to nie było tam ani chłodno i wilgotno, ani też gorąco i sucho. Na co dzień odbywają się tam różne przedstawienia i wystawy, nic zatem dziwnego, że na jednej ze ścian porozwieszane były ogłoszenia o występach i pokazach artystów, których nazwiska nic jednak mi nie mówiły.

Poznań - dawniej godne podziwu miasto, dziś pogrążające się w coraz większym bałaganie

            Zająwszy miejsce z brzegu niedużej sali pomiędzy dziewczyną, a chłopakiem, którzy mogli być mniej więcej w moim wieku, zacząłem przysłuchiwać się co też ci wszyscy przemawiający architekci, przedstawiciele Komisji Rewitalizacji, Rady Osiedla Stare Miasto i inne Mądre Głowy mają do powiedzenia. A oto co usłyszałem.

            W ciągu kilki najbliższych lat w centrum Poznania mają być rozpoczęte takie prace jak budowa nowej linii tramwajowej przez ulicę Ratajczaka,  przebudowa głównych ulic, budowa podziemnego parkingu i kolejnego centrum handlowego, wytyczenie dokładnie 1548978375794765 kilometrów dróg rowerowych na 100 metrów kwadratowych powierzchni aż wreszcie najgorsze – zminimalizowanie ruchu samochodowego czyli zamknięcie dla samochodów ulic miasta, a żałosna resztka ulic jakie pozostaną dla zmotoryzowanych ma stać się drogami jednokierunkowymi. Nie wystarczy już, że dopuszczalną prędkość na ulicach centrum zmniejszono z najzupełniej rozsądnych 50 km/h do zaledwie 30 km/h. Wychodzi więc na to, że Usain Bolt byłby w stanie złamać prawo nie korzystając z żadnego pojazdu, a jedynie używając siły własnych nóg. Trzeba pójść dalej i w ogóle wykurzyć samochody z miasta.

            Już po kilkunastu minutach zrozumiałem co tak naprawdę się dzieje i poczułem się niczym Hans Kloss, który w przebraniu niemieckiego oficera wysłuchuje fuhrerowskich planów, mających ostatecznie zniszczyć polski naród. Albo bohater amerykańskiego filmu akcji, który właśnie odkrył wśród władzy spisek, godzących  w życie i dobrobyt zwyczajnych obywateli. Zwolennicy takich pomysłów na uczynienie z Poznania dobrze prosperującego europejskiego miasta z pewnością posłużą się argumentem, że powyższe rozwiązania już od dawna stosowane są na zachodzie, że takie są obecnie standardy wyznaczane nam przez Unię Europejską, że są to rozwiązania godne młodych, świetnie prosperujących społeczeństw, tralalala i tak dalej. Żeby było jasne. Dobrze, że planują uczynić miasto lepszym. Też bym chciał żeby stolica województwa wielkopolskiego stała się przyjemnym miejscem. Chciałbym żeby było w nim znacznie ciszej, było więcej zieleni, poruszanie się każdym środkiem transportu – od łyżworolek do ciężarówki – było sprawne i proste. Przemierzając ulicę tego miasta  chciałbym widzieć zadbane ulice i chodniki, elegancko pomalowane budynki, które będą pasowały do otoczenia a nie przypominały zlepku pożółkłych kartonów jak ma to miejsce w przypadku Galerii MM sąsiadującej z wybudowanym w romańskim stylu kościołem. Przemierzając ulice chciałbym spotykać młodych ludzi, którzy nie maja problemów ze znalezieniem pracy. Nie jest też tak, że jestem krytykantem wszystkich wynalazków i rozwiązań, które przychodzą do nas z krajów zachodnich. W tym jednak konkretnym przypadku uważam, że ludzie odpowiedzialni za zarządzanie Poznaniem ślepo zapatrzyli  się na Zachód nie przyjmując do wiadomości, że nie wszystko co stamtąd przychodzi i co Unia wymyśli jest świetne, wspaniałe, przyszłościowe, najlepsze i uznają to bezkrytycznie niczym jakiś watykański dogmat. Zachłysnęli się Zachodem tak, jak pięciolatek zachłystuje się łapczywym pożeraniem cukierków, choć mama mówiła, żeby nie jadł tak zachłannie bo źle się to skończy.

            Oczywiście, mimo że sam lubię samochody i jazdę autem, przyznam, że sami kierowcy często nie są w porządku. Wciskają się przed pieszych, spychają rowerzystów, trąbią na siebie nawzajem i niejednokrotnie zachowują się w sposób zagrażający bezpieczeństwu innych.  Jednakże osobiście wydaje mi się, że są pewne środowiska ludzi, które, zdawać się może, traktują kierowców jako wrogów publicznych, a samochody w mieście są według nich przyczyną niemal wszelkiego zła. Tak jakby robili sobie ze zmotoryzowanych kozłów ofiarnych na których można zrzucić odpowiedzialność za problemy aglomeracji. Czasami wygląda to tak, jakby poprzez media, działalność władz i różnych grup sączona jest pewna antymotoryzacyjna propaganda, a członkowie tych grup poddawani są rodzajowi zbiorowej hipnozy podczas której wpaja im się, że samochody niszczą miasto i środowisko, a kierowcy to ta część społeczeństwa, której nie wolno pozwolić dojść do głosu. To co piszę wcale nie jest bezpodstawne. Kiedy zapytałem jak mieszkańcy ulic zakazanych dla aut mają podjechać pod swój dom, niektórzy spojrzeli na mnie tak jakbym będąc gościem brytyjskiego parlamentu wypowiedział kilka brzydkich epitetów pod adresem Królowej.

            Tymczasem moim zdaniem pomysły przedstawione na spotkaniu nie poprawią sytuacji w mieście. Wręcz przeciwnie, uczynią centrum Poznania niefunkcjonalnym i źle zaplanowanym. Jeśli zamknie się dla ruchu samochodowego ileś ulic, a resztę uczyni jednokierunkowymi, to mieszkańcy lub dostawcy towarów, którzy będą chcieli dotrzeć na miejsce, zmuszeni będą jechać tam przez Berlin, Saharę Zachodnią, a w skrajnych przypadkach nawet przez Atakamę! Część sklepów uzależnionych od dostaw zacznie upadać.

        Sahara Zachodnia - niebawem tędy będzie wiódł objazd do centrum miasta.


 Wprawdzie będzie możliwość aby mieszkańcy i dostawcy mogli wjeżdżać do strefy wyłączone dla ruchu, ale widzę to w czarnych barwach. Ci którzy zdecydują się na tak śmiały i odważny krok będą potraktowani jak foka, która nierozsądnie dostała się pomiędzy stado rekinów. Klientom nie będzie się chciało wybierać do miejsc gdzie nie będą mogli zostawić samochodu. Albo wyobraźcie sobie przykładowo jakiegoś dziadka, który chce tylko swoim Fiatem Seicento podjechać pod własny dom, bo chodzenie sprawia mu problemy. Zostanie on wyzwany, spotka się z dziesiątkami nienawistnych spojrzeń, a w skrajnych przypadkach w stronę jego auta pójdą kopniaki. Dobrze, gdyby było więcej miejsc zielonych żeby w choćby upalny dzień można sobie usiąść i odpocząć.  Jednak to nie jest dobra metoda aby w tym celu zamknąć połowę dzielnicy, posadzić parę krzaczków i wytyczyć kilka deptaków. Budowa kolejnego centrum handlowego? Czy naprawdę w tym mieście nie ma innych ciekawych budynków, że trzeba budować kolejne architektoniczne pudło by przyciągnąć ludzi? I czy naprawdę nie ma innych, bardziej istotnych dla mieszkańców problemów w rozwiązanie których należałoby zainwestować sporą sumę pieniędzy? A ścieżki rowerowe? Według miejskich włodarzy trzeba wyznaczyć im jak najwięcej tras. Jeszcze trochę to wpadną na pomysł żeby ścieżki rowerowe wytyczyć przez pas startowy na lotnisku miejskim, a nawet przez mieszkanie proboszcza lokalnej parafii. A gdy tylko jakaś starsza, słabo widząca pani przez przypadek wejdzie na taką ścieżkę, zaraz zostanie niemalże rozjechana, być może padnie jakieś wyzwisko, a jej zdjęcie następnego dnia pokaże się na lokalnych stronach internetowych. Moi drodzy, jak już kiedyś pisałem, uważam że ścieżki rowerowe nie są potrzebne. Kiedyś ich nie było i wszystko jakoś funkcjonowało. Wystarczy żeby piesi, kierowcy i rowerzyści po prostu zwyczajnie zaczęli na siebie uważać i się szanować. A co do modernizacji miasta to cóż jeszcze powiedzieć? Wybudowaniem stadionu na 40 000 ludzi, wprowadzeniem elektronicznych kart miejskich które mają zastąpić zwykłe bilety tramwajowe i które są droższe od zwykłego, aktualnego miesięcznego biletu, wytyczeniem deptaków, posadzeniem kilku krzaczków i ustawieniem ławeczek, wybudowaniem fontanny na środku głównego placu w mieście, która swoim wyglądem przypomina fragment z rozbitego promu kosmicznego Columbia oraz budową następnego centrum handlowego z podziemnym parkingiem nie reanimuje się podupadającego miasta.

       Wyznaczanie kolejnych deptaków i dróg rowerowych nie rozwiąże kłopotów miasta

            Na opisywanym spotkaniu znalazło się jednak trzech muszkieterów broniących ideałów motoryzacji. Jednym z nich byłem ja, drugim z nich pewna pani, która posiada sklep w centrum miasta, a trzecim  pan mogący mieć nieco powyżej 60 lat. Wszyscy mieliśmy niezbyt pochlebne opinie o tym co ma się wkrótce zacząć dziać w Poznaniu.  Dyskusja jednak dość szybko przerodziła się w kłótnię i przepychankę na argumenty godną wieczornych programów publicystycznych. W związku z tym założyłem swoją skórzaną kurtkę i skierowałem się w stronę wyjścia. A jak poprawić sytuację w Poznaniu?  W pierwszej kolejności należałoby zająć się mentalnością tutejszych ludzi, od rządzących do zwykłych mieszkańców utrzymujących się dzięki niewielkiej pensji. To już jest jednak temat na osobny artykuł.


                                                                                                                                 18. 03. 2014

Odkrywcy lodowych krain


Wielu ludzi cieszy się faktem, że zimę mamy już za sobą. Są jednak tacy, którzy z własnej woli wybierają się w najmroźniejsze rejony świata. 


         Antarktyda – najzimniejszy kontynent na Kuli Ziemskiej zajmujący powierzchnię 14 milionów kilometrów kwadratowych. Ten lodowy świat położony na południowym krańcu naszej planety zajmuje większą powierzchnię niż terytorium Europy. To jedyny kontynent na ziemi gdzie na stałe nie mieszka ani jeden człowiek oraz nie powstało ani jedno państwo. Jedynymi przebywającymi tam dłuższy czas osobami są naukowcy i badacze pracujący w jednej z 37 znajdujących się na tym niegościnnym terenie stacji naukowych – wśród nich także i w  Polskiej Stacji Badawczej im. Arctowskiego. To ludzie, którym nie straszne są temperatury grubo poniżej zera. Szata roślinna oraz fauna nie należą do bujnych i różnorodnych gatunkowo. Kwiaty rosnące na Waszym balkonie to amazońska puszcza w porównaniu z roślinnością Antarktydy. Wszelakie naturalne życie spotkać można jedynie na obrzeżach lądu, wyspach oraz w lodowatych, morskich przestrzeniach. Pod powierzchnią tego zamarzniętego świata kryje się jednak wielkie bogactwo surowców mineralnych. Odkryto tam duże pokłady węgla kamiennego, rud żelaza, złota, miedzi, ołowiu oraz srebra. Wielu jest takich, którzy chcieliby stać się ich posiadaczami ale ci, którzy chcieliby je pozyskać muszą, przynajmniej w najbliższej przyszłości, schować swoje plany głęboko do szuflad biurek. Dzisiaj jest to niemożliwe ze względu na podpisany w roku 1959 Traktat Antarktyczny m.in. zabraniający pozyskiwania surowców naturalnych.

            Antarktyda jest kontynentem, podobnie jak Australia, ze wszystkich stron otoczonym wodami oceanicznymi. Opływają ją Morze Rossa, Morze Weddella, Morze Bellingshausena oraz  Morze Amundsena. Wybrzeże jest oddalone o 1000 kilometrów od Ameryki Południowej, ponad 3000 kilometrów od Australii oraz niemal 4000 kilometrów od wybrzeży południowej Afryki. Powierzchnia pokrywy lodowej to aż 13,3 miliona kilometrów kwadratowych – 90% światowych zasobów lodowych. Średnia miąższość to 2700 kilometrów. Wystarczająco dużo aby całkowicie zakryć najwyższy szczyt Polski – Rysy. Maksymalna zanotowana grubość pokrywy lodowej wynosi natomiast 4776 metrów. Średnia prędkość spływu, który ma kierunek od środka lądu w stronę oceanów to 200 metrów na rok. Choć rozmiar powyższych liczb robi wrażenie swoim ogromem, to trzeba zaznaczyć, że ponad 30 milionów lat temu granica lądolodu mogła znajdować się nawet 200 kilometrów dalej na północ niż ma to miejsce dzisiaj. Trudno uwierzyć, że w mezozoiku panował tu ciepły klimat umożliwiający życie dinozaurom. Dziś dominują tam jedynie zwierzęta morskie i pingwiny. Gady, płazy czy nawet ssaki lądowe nie występują tam w ogóle. Najwyższym szczytem na Antarktydzie jest osiągający wysokość 4892 m n.p.m. Mt Vinson znajdującym się w łańcuchu górskim – Góry Ellswortha.

                       Poza pingwinami niewiele jest tu stworzeń czujących się jak u siebie.


            Na całej Antarktydzie występuje klimat polarny, który jest jednak nieco łagodniejszy w okolicach morskich wybrzeży. Najniższe temperatury panują we wnętrzu kontynentu. Rekordowe wartości mogą dochodzić nawet do -90 stopni Celsjusza. Przyznam, że nie potrafię sobie nawet wyobrazić tak niskiej temperatury. Średnia roczna temperatura dla całego kontynentu wynosi  -30 stopni Celsjusza. Bez należytego przygotowania wystarczy krótka chwila na takiej temperaturze, aby nabawić się nieprzyjemnych i poważnych odmrożeń. Opady z kolei wynoszą nie więcej niż kilkaset milimetrów rocznie. Nic zatem dziwnego w fakcie, że, choć nie spotkamy tam karawan ani kaktusów, obszar ten jest uznawany za jedną z największych pustyń współczesnego świata.

            Mimo niegościnności tego zlodowaconego regionu świata, w historii ludzkości nie brakowało śmiałków, którzy postanowili zbadać to terytorium, niejednokrotnie narażając tym swoją reputację, majątek czy nawet zdrowie i życie. Na początku warto przytoczyć fakt, że już w II wieku naszej ery, za sprawą Ptolemeusza, pojawiła się koncepcja mówiąca o tym, że na południowym krańcu Ziemi musi znajdować się ląd stanowiący przeciwwagę dla lądów znajdujących się na północy. Ląd ten nazwano Terra Australis Incognito czyli Nieznany Południowy Ląd, a teoria o jego istnieniu przetrwała wiele wieków. W latach 1773 – 74 Ferdynand Magellan płynąc na dalekich południowych wodach przekroczył południowe koło podbiegunowe. Wprawdzie nie dotarł do Antarktydy, ale doszedł do znaczącego i jak się okazało trafnego wniosku. Potencjalny południowy kontynent musi znajdować się w zimnej strefie polarnej.

            W pierwszej fazie antarktycznych odkryć podróżnicy nie dotarli do samego kontynentu, a jedynie do otaczających go wysp. Już w 1599 roku holenderski żeglarz i odkrywca Dirc Gerritsz dotarł do Szetlandów Południowych. W 1739 Jean-Baptiste Charles Bouvet de Lozier dopłynął do Wysp Księcia Edwarda. W latach 17721775 wyprawa Jamesa Cooka dotarła najdalej na południe, a w wyprawie uczestniczył naukowiec polskiego pochodzenia, Johann Reinhold Forster. Ze względu na zamarznięte morze, na jakiś czas wypraw w jeszcze dalsze regiony zaniechano. Rok 1820. Ekspedycja kierowana przez Edwarda Bransfelda dotarła do Półwyspu Antarktycznego. Choć ze względu na trudności nawigacyjne nie było wiadomo czy odkryty ląd to wyspa czy kontynent. Bransfeld wraz  z załogą byli jednak prawdopodobnie pierwszymi ludźmi, którzy postawili stopę na Antarktydzie. Ostatecznego potwierdzenia istnienia Antarktydy dostarczyła wyprawa pod kierownictwem G.S. Naresa, która odbywała się w latach 1872 – 1876. Wydarzenie to zapoczątkowało okres licznych podróży na Antarktydę na przełomie XIX i XX wieku. Jedną najsłynniejszych była wyprawa statku Belgia pod dowództwem de Gerlache'a. W podróży brali udział dwaj Polacy, Henryk Arctowski i Antoni Dobrowolski. To właśnie na cześć tego pierwszego nazwano polską stację badawczą na Antarktydzie. Owa wyprawa wymagała niezwykłych poświęceń. Arktyczni śmiałkowie byli pozbawieni takich możliwości jakie daje współczesna technika. Największym problemem była jednak konieczność przymusowego zimowania gdy statek Belgica został uwięziony w lodowym objęciu zamarzającego morza zwiastującego rychłe nadejście nocy polarnej. Oznaczało to kilkumiesięczną ciemność, zimno i brak jakiejkolwiek możliwości kontaktu z cywilizowaną częścią świata.

            Dla wielu badaczy dotarcie do brzegów Antarktydy nie było szczytem ambicji. Choć niektórym mogło wydać się to szalone, znaleźli się tacy, którzy otwarcie zaczęli rozważać możliwość dotarcia do południowego bieguna naszej planety. Pod koniec XIX wieku uznano, że tego niewiarygodnego wyczynu można dokonać jedynie międzynarodowymi siłami.  Dla ówczesnych, była to niemal tak znacząca wyprawa jaką był lot na Księżyc dla ludzi, którzy śledzili przygotowania do startu rakiety Saturn V w latach 60 – tych XX wieku. W pierwszej dekadzie XX wieku przeprowadzono kilka wypraw w celu zbadania klimatu, glacjologii, paleontologii oraz wykonania pomiarów dotyczących magnetyzmu ziemskiego. Wyprawy te były jednocześnie przygotowaniami do pierwszego w historii ludzkości zdobycia Bieguna Południowego. Pierwszo próbę zdobycie podjął już roku 1902 Robert Scott. Była to jednak próba nieudana. Następna wyprawa podjęta w roku 1908 przez E. Shackletona zdobyła magnetyczny biegun południowy. W latach 1911 – 1912 przeprowadzono kolejne dwie wyprawy. Jedną z nich dowodził Robert Scott, drugą Norweg Roald Amundsen, który miał już wtedy na koncie zdobycie Bieguna Północnego. Pierwszy do bieguna dotarł Norweg, a był to dzień 14.12.1911 roku. Scott dotarł do celu 18 stycznia roku następnego. 

                          R. Scott wraz z towarzyszami przed wyruszeniem na biegun.

Niestety wyprawa Scotta nie skończyła się dobrze. Ten oficer brytyjskiej marynarki wojennej niewątpliwie był człowiekiem ambitnym i bohaterskim, ale jego wyprawa była źle zorganizowana co miało fatalne skutki. Brytyjczyk postanowił w swojej wyprawie wykorzystać kuce islandzkie, które okazały się mniej odporne na silny mróz aniżeli psy pociągowe z jakich korzystał Amundsen.  Ponadto wziął ze sobą sanie motorowe, które jednak nie były sprawdzone w warunkach polarnych. Prócz tego przed nadchodzącą zimą przygotował tylko jeden magazyn z żywnością. Zaraz na początku wyprawy Scott zmuszony był porzucić sanie motorowe, ponieważ ich silniki nie wytrzymały temperatury, przy której zima z jaką mamy do czynienia w Polsce wydawać się może niemal wakacyjną pogodą. Samochód, który nie chce odpalić po mroźnej nocy, wydaje się przy tej sytuacji nic nie znaczącą błahostką.                  

 Z tego powodu polarnicy zmuszeni byli ciągnąć swój sprzęt i zapasy polegając jedynie na własnych siłach. Po dotarciu do bieguna odnaleźli oni norweską flagę,  drobne zapasy żywności oraz list napisany przez Amundsena. Scottowi i jego towarzyszom nie udało się jednak pokonać drogi powrotnej. Niesprzyjająca pogoda, kurczące się zapasy żywności  i niedostateczne przygotowanie zakończyły tę tragiczną, aczkolwiek niezwykle śmiałą ekspedycję. Robert Scott po dziś dzień jest uznawany nie tylko przez Brytyjczyków, ale także ludzi z innych krajów i kontynentów za prawdziwego bohatera. Wyprawa Scotta została znakomicie opisana przez jednego z uczestników wyprawy – Aspleya Cherry – Garrarda – w książce „The works Journey In the World.” (Polski tytuł: „Na krańcu świata”.)

            Po tych dwóch niezwykłych podróżnikach pojawili się także inni, którzy postanowili dokonać tego nieprzeciętnego wyczynu. Jednym z nich była Marek Kamiński. 26 grudnia 1995 roku po 53 dniach wędrówki na dystansie około 1400 kilometrów dotarł on do Bieguna Południowego stając się pierwszym w historii człowiekiem, który zdobył obydwa bieguny   w tym samym roku. Wagę dokonania podkreśla fakt, że Kamiński wędrował samotnie.
            Od samego początku antarktycznych wypraw jednym z głównych celów było prowadzenie badań naukowych. Ekspedycje prócz dotarcia do miejsc, w których nie było jeszcze żadnego człowieka, przyniosły jeszcze inną korzyść. Poszerzyły one wiedzę z zakresu meteorologii, oceanografii, kartografii, glacjologii, biologii czy geologii tego najzimniejszego kontynentu. Na przestrzeni tych wszystkich lat naznaczonych trudem i poświęceniem, badania Antarktydy przyniosły wiele dobrego. Poszerzyły one horyzonty oraz zasób ludzkiej wiedzy. Wiedzy, która nie została zatrzymana w gronie naukowców i badaczy, ale została spopularyzowana wśród zwyczajnych ludzi. Podróżnicy i badacze, którzy mimo ryzyka odważyli się postawić nogę w tej lodowej krainie stali się inspiracją pokazując, że warto dążyć do tego co nieprzeciętne, nie tylko w dziedzinie odległych podróży i zdobywania biegunów.

                    Wielki podróżnik, wyczynowiec i nasz rodak - Marek Kamiński

            Warto też wspomnieć o Polakach, którzy mieli niemały wkład w rozwój wiedzy  o Antarktydzie. Arctowski i Dobrowolski, będąc zmuszonymi do zimowania na Antarktydzie, wykorzystali ten czas przeprowadzając szereg badań. Eksponaty i zbiory dały zupełnie nowy obraz tego ówcześnie niemal zupełnie nieznanego kontynentu.  Arctowski jako pierwszy sformułował teorię o tym, że łańcuch Andów przedłuża się przez wyspy Sandwich Południowy, Szetlandy Południowe i Ziemię Grachama na Antarktydę. Dobrowolski z kolei po powrocie do kraju zajął się popularyzowaniem nauki w polskim społeczeństwie. Materiały stamtąd przywiezione były dla Polaków tym, czym byłyby dla nas eksponaty dostarczone z Marsa. Dobrowolski też polskie wyprawy polarne w latach 30-tych XX wieku.  W latach powojennych Polacy w niewielkich grupach uczestniczyli w wyprawach polarnych innych krajów. Wreszcie w roku 1977 uruchomiona została wspomniana już wcześniej Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego położona na Wyspie Króla Jerzego. Dziś naukowcy prowadzą tam badania z takich dziedzin jak oceanografia, meteorologia, geologia, sejsmologia, ekologia i inne.

            Odkrywanie i badania Antarktydy okupione były wielkim poświęceniem, trudem i wyrzeczeniami śmiałych i odważnych ludzi. Ludzie ci są podziwiania do dziś, choć niektórzy doznali uszczerbku na zdrowiu lub stracili życie. Bez tego poświęcenia wiedza o tym mroźnym i niedostępnym kontynencie byłaby jednak znacznie uboższa.

Mateusz Fabiszak

Sportowe ideały - wyścigi dawniej i dziś


Lubię oglądać Formułę 1. Od jakiegoś czasu mam jednak wątpliwości czy aby na pewno wygrywa tam najlepszy. A oto dlaczego.         

Ludzkości już od wielu wieków towarzyszy sport i rywalizacja. Podziwiano tych, którzy wykazywali się nieprzeciętną sprawnością i zdobywali zwycięstwo za zwycięstwem. Wystarczy cofnąć się w czasie do czasów starożytnej Grecji, gdzie sport uważano za idealny sposób kształtowania charakteru, żeby przekonać się jakim wzięciem cieszyły się wtedy rozgrywane w czasie ówczesnych igrzysk biegi, zapasy, rzuty oszczepem czy dyskiem. Nie brakowało chętnych, którzy chcieli zasiąść na trybunach ówczesnych odpowiedników brazylijskiej Maracany. Choć zawodnicy zamiast pucharów i milionowych przelewów na konto otrzymywali wieniec laurowy i szacunek w społeczeństwie, zafascynowanie różnymi formami rywalizacji nie zmalało aż do dnia dzisiejszego. Świadczy o tym popularność internetowych serwisów sportowych i wysokiej oglądalności transmisji z udziałem polskich skoczków narciarskich, biegów Justyny Kowalczyk albo meczów piłkarzy ręcznych. 
            Przez te wszystkie wieki sport się rozwijał, przybywały nowe dyscypliny, a inne ulegały zapomnieniu. Biorąc zaś pod uwagę zwyczajną chęć i potrzebę rywalizacji jaka nas, ludzi, charakteryzuje, nie dziwi fakt, że wraz z rozwojem motoryzacji pojawiły się sporty samochodowe. Pierwsze samochody wyścigowe dziwnie charczały, uruchamiane były za pomocą obracanej korby, były kłopotliwe w utrzymaniu, a osiągami zwykle nie byłyby w stanie dorównać dzisiejszym zwyczajnym drogowym autom. Kilkadziesiąt lat temu były jednak  takim szczytem techniki za jakie dziś uważane są najszybsze z maszyn startujących w wyścigu Le Mans. Trzeba również przyznać, że wyścigom i rajdom dawnych lat nie towarzyszyło takie skomercjalizowanie i pogoń za zyskiem jakie obserwujemy dzisiaj. Miały one bardziej charakter dżentelmeńskiej rywalizacji i atmosferą bliżej było im do antycznej Grecji niż choćby do współczesnego Grand Prix F1, podczas którego wielkie pieniądze widoczne są na każdym kroku. Spotykano się nie tylko po to  ażeby wyłonić najlepszego kierowcę, ale była to także świetna okazja do spotkania ludzi o takich samych pasjach i zainteresowaniach. Loga sponsorów pojawiały się sporadycznie, a kierowcy przygotowanie auta i opłacenie startu często finansowali z własnej kieszeni.
Koniecznie muszę dodać, że w pierwszej połowie XX wieku swój wkład w rozwój motosportu miały nie tylko takie kraje jak Włochy, Francja czy Wielka Brytania, ale także, o czy wie pewnie niewielu, Polska. Wymienię tylko niektóre ze znaczących wydarzeń, bo o tym wszystkim można by napisać osobny artykuł. W roku 1927 zorganizowano Wyścig Tatrzański, którego meta znajdowała się nad Morskim Okiem. Zwyciężył nasz rodak Jan Ripper na nie byle jakim samochodzie, a było to wyścigowe Bugatti. W następnym roku wyścig stał się imprezą międzynarodową. Słynny był także wyścig Lwowski, znany w całej Europie, a stopniem trudności porównywany do wyścigu ulicami Monako. W 1929 roku polskie auto kierowane przez hrabiego Stanisława Ostroga – Gorzeńskiego startowało w rajdzie Monte Carlo. W 1939  Aleksander Mazurek wygrał Rajd Afryki Północnej, a w sierpniu tego roku rajd Liege – Rzym – Liege. Niestety polska prasa już nie zdążyła o tym donieść… Bez odpowiedzi pozostaje też pytanie jak potoczyłby się dalej rozwój polskiego sportu samochodowego gdyby nie wybuch II wojny światowej, a następnie wprowadzenie ustroju komunistycznego. Kto wie, może doczekalibyśmy się torów na miarę Nurburgringu lub włoskiej Monzy?


                Dawniej wyścigi były bardziej dżentelmeńską rywalizacją .
                              Na zdjęciu Jan Ripper i jego Bugatti.

            Od tego czasu technika zrobiła wiele kroków na przód, wyścigowe auta rozwijają znacznie większe prędkości, a motoryzacyjne imprezy generują trudne do wyobrażenia dochody. Trzeba też uczciwie przyznać, że wraz z tym postępem do sportu samochodowego, jak i do większości dyscyplin, wkradła się chciwość i walka o wpływy.  Cała ta komercjalizacja nieraz zmusza mnie do zadania pytania czy we współczesnym sporcie zawsze wygrywa najlepszy zawodnik. Czy mistrzem zostaje ktoś, kogo umiejętności stoją na najwyższym poziomie, czy może ten, którego menedżer wynegocjował najkorzystniejsze warunki i ma najbogatszych sponsorów?
            Wystarczy przyjrzeć się Formule 1. W nowym sezonie wprowadzono szereg przepisów. Są one na tyle zawiłe, że nawet osobom, na co dzień śledzącym torowe zmagania trudno się w tym wszystkim połapać. A oto kilka przykładów.  Zastosowane zostaną nowe silniki V6 o pojemności 1,6 litra, których obroty muszą zostać ograniczone do 15 500 rpm. System Kers zmieni nazwę na ERS-K, dozwolone zostanie stosowanie elektronicznej kontroli tylnych hamulców, zmianie ulegną wymiary nosów wyścigówek, poprawką ulegnie minimalna dopuszczalna waga auta, skrzynia biegów musi wystarczyć na sześć wyścigów, jeden dostawca będzie mógł dostarczać silniki dla jedynie czterech zespołów i tak dalej i tym podobne. Przyznam, że choć interesuje się wyścigami, nie chce mi się zagłębiać we wszystkie te zawiłości dotyczące przepisów. Po co one wszystkie zostały wprowadzone? Dla poprawy bezpieczeństwa, co oczywiście bardzo się chwali. Żeby promować wizerunek sportu samochodowego i motoryzacji przyjaznej środowisku – to na pewno. Myślę też, że jednym z celów było też uczynienie torowej rywalizacji bardziej ciekawą i wyrównaną. Czy jednak w Formule 1 można mówić o całkiem wyrównanej rywalizacji? Wydaje mi się, że od kilkunastu przynajmniej lat, raczej nie. Mówić, że w Formule 1 każdy ma takie same szanse i wszystko zależy od zdolności kierowcy to trochę tak jakby ktoś powiedział, że podczas skoków narciarskich w zmieniających się warunkach każdy zawodnik ma szansę na świetny rezultat. Jest to niemożliwe, chyba że ktoś nazywa się Małysz i ma na imię Adam.
            Przypomnijmy sobie zresztą kilka sytuacji z minionych lat. Formuła 1 to, przynajmniej teoretycznie, sport indywidualny. Mimo tego zdarza się, że w czasie wyścigu mają miejsca polecenia zespołowe, znane także jako team orders. Zdania na temat uczciwości tego procederu są podzielone niczym dawne Niemcy na NRD i RFN.
W 1978 szwedzki kierowca Ronnie Peterson dostał polecenie nie wyprzedzania zespołowego kolegi Mario Andrettiego. Dzięki temu Andretti wygrał mistrzostwo świata, choć teoretycznie Peterson także miał szansęna pierwsze miejsce. Rok 1998.  Miejsce – tor Melbourne w Australii. David Coulthard przepuszcza na prostej startowej Mikę Hakkinena, który w tym samym roku zdobywa swoje pierwsze Mistrzostwo.  Co więcej, zdawać się powinno, że kierowcy z jednego zespołu powinni dysponować (również teoretycznie), takimi samymi samochodami. Wnikliwy obserwator zauważy jednak, że tak się nie dzieje. Dlaczego na przykład Mark Weber jeździł wyraźnie wolniej niż Sebastian Vettel. Dlatego, że był mniej utalentowany? A może za ciężki? Nie sądzę. Albo przypomnijmy sobie rywalizację między Robertem Kubicą, a Nickiem Heidfeldem. Robert był od Niemca zdecydowanie lepszy. Niezrozumiałe zatem wydaje się to, że strategia opracowywana dla Polaka niejednokrotnie okazywała się mniej skuteczna niż dla Heidfelda. Długo można oczywiście rozprawiać na temat słuszności odgórnego ustalania, który kierowca ma być faworytem. Może nie mam racji, ale według mnie jest to coś sprzecznego z duchem sportu, który już od początku istnienia  mówi o tym, że wygrywać powinien najlepszy. Niestety coraz mniej ludzi go słucha.

                     Faworyzowanie wybranych, walka o wpływy i pieniądze -
                                  w sporcie to niestety coraz częstsze

Nie jest to jedyny problem. Nie podoba mi się fakt, że aby dostać się do Formuły 1 nie jest warunkiem koniecznym bycie kierowcą o wyróżniających się umiejętnościach. Niejednokrotnie brak talentu spokojnie może wynagrodzić spora liczba pieniędzy na koncie, bogaci sponsorzy oraz wpływowi przyjaciele. Ponoć za rozwojem kariery Witalija Pietrowa, również zespołowego partnera Kubicy, stał sam Władimir Putin. Zaczynam zatem poddawać wątpliwości także ten fakt, czy Formuła 1 aby na pewno gromadzi w swojej stawce najlepszych na świecie kierowców.
Na tym tle widać przewagę tzw. wyścigów jednej marki. Zaliczyć możemy do nich Porsche Supercup, Lamborghini Blancpain Supertrofeo, Radical Cup czy znany w Polsce puchar Kii Picanto. Każdy zawodnik dysponuje tam pod względem technicznym absolutnie takim samym samochodem. Mistrzostwa te nie generują też aż tak wielkich dochodów, dlatego nie ma w nich rzucającej się w oczy walki o wpływy i pieniądze. Tam bardziej liczy się sportowa rywalizacja, a żeby wygrać, trzeba być po prostu świetnym kierowcą.
Mimo tego wszystkiego lubię oglądać wyścigi Formuły 1. Poza tym nie oszukujmy się – jeśli kierowca jest do niczego to nawet autem dwa razy lepszym od wszystkich Ferrari i Red Bulli razem wziętych, osiągnie tyle co polskie drużyny piłkarskie na międzynarodowych zawodach. Chciałbym tylko, żeby w najbardziej prestiżowych wyścigach samochodowych liczyła się przede wszystkim uczciwa i czysto sportowa rywalizacja. Żeby rzeczywiście wygrywał ten kierowca, który najbardziej na to zasłużył. Obawiam się, że aby czegoś takiego doświadczyć, musiałbym skorzystać z wehikułu czasu i cofnąć się do którejś z pierwszych dekad sportu samochodowego.


                                                                                                          8. 02. 2014